Recenzja filmu Grzeszna miłość (2001)
Michael Cristofer

Tragedia nieerotyczna

Thriller erotyczny nieodłącznie kojarzy mi się z sensacyjną intrygą, najlepiej z psychopatycznym zabójcą w tle (ale niekoniecznie) i kilkoma mniej lub bardziej pikantnymi scenami z udziałem ...
Filmweb sp. z o.o.
Thriller erotyczny nieodłącznie kojarzy mi się z sensacyjną intrygą, najlepiej z psychopatycznym zabójcą w tle (ale niekoniecznie) i kilkoma mniej lub bardziej pikantnymi scenami z udziałem interesujących fizycznie aktorów. Sztandarowym przykładem tegoż gatunku jest chociażby "Nagi instynkt". Była tam i akcja, i wodzenie widza za nos, i narzędzie zbrodni w postaci mrożącego krew w żyłach szpikulca do lodu, i przede wszystkim namiętna Sharon, która wszystkich widzów płci męskiej doprowadzała do białej gorączki. Szkoda, że Verhoevenowi nie udało się już później powtórzyć tego sukcesu...

Ale nie o szachrajstwach pani Stone miała być mowa, a o "Grzesznej miłości". Niestety. Film bowiem, reklamowany właśnie jako thriller erotyczny, bynajmniej nie posiada cech, które by o tym mogły świadczyć. Nie ma tu erotyzmu, choć Angelina równie chętnie wkłada pończoszki i gorseciki, co je zdejmuje. Nie odczujemy też ani krzty podniecenia związanego z odkrywaniem intrygi, której po prostu brak. Ale może pokrótce coś o fabule...

Seksowny właściciel plantacji kawy, Luis Vargas ma wszystko, czego pragnie, oprócz żony, z którą legalnie, jak na kubańskiego arystokratę przystało, mógłby płodzić gromadkę dziedziców swojej wielkiej fortuny. Korespondencyjnie nawiązuje więc znajomość z Julią Russell, którą w końcu celem poślubienia sprowadza z Ameryki. Na miejscu okazuje się jednak, że panna w niczym nie przypomina suchotnicy ze zdjęcia, ale jest piękną kobietą z bardzo zmysłowymi ustami i niezwykłym temperamentem seksualnym, który Luisowi wybija z głowy wszelkie uciechy, którym oddawał się w miejscowym burdelu. Świeżo upieczona małżonka okazuje się jednak kobietą tajemniczą i nieszczera, a wątpliwości z nią związane narastają jeszcze wraz z pojawieniem się prywatnego detektywa, który podważa tożsamość Julii. Piękne dziewczę bierze więc nogi za pas, przy okazji wyczyszczając prawie do zera konta bankowe zakochanego w niej plantatora. Luis poprzysięga zemstę i podejrzewając dodatkowo swoją wybrankę o morderstwo, chce własnoręcznie wymierzyć jej sprawiedliwość. Dysząc żądzą zemsty odkrywa jednak, że nie wszystko jest tak czarno-białe jak mu się wydawało...

Nie jest to bynajmniej historia na zły scenariusz. Służąca za jego kanwę powieść Cornella Woolricha "Waltz into Darkness" była nawet bestsellerem i wysoko oceniano opisaną w niej duszną na wskroś "kubańską" atmosferę i obsesyjną zmysłowość bohaterów. Adaptujący książkę Michael Cristofer (tu występujący również jako reżyser) także nie jest debiutantem. Po twórcy takich filmowych arcydzieł jak: "Czarownice z Eastwick" czy "Gia" (nagroda Stowarzyszenia Reżyserów Amerykańskich i 6 nominacji do Emmy) spodziewałam się naprawdę wiele. Niestety, spotkał mnie wielki zawód. Reżyser nie potrafił zbudować ciekawych, intrygujących relacji między bohaterami. Akcja zamiast prowokować dreszcz emocji, czasem aż śmieszy, a w momentach, gdy rozśmieszać ma zamierzenie, robi to w sposób żenujący. Postacie są mdłe a w przedstawieniu ich losów bynajmniej nie czuć tej obiecywanej tajemnicy, żarliwości i wielkich namiętności. Wybór aktorów także pozostawia wiele do życzenia. Mimo, iż doceniam talent i urok zarówno Antonio Banderasa jak i Angeliny Jolie, nie uważam, iż znaleźli się tu na właściwym miejscu. Banderas nie przekonuje mnie jako chory z miłości i zaślepiony zemstą kochanek a Jolie ze swoimi wielkimi ustami pasuje mi bardziej do roli Lary Croft niż damy z epoki. Koronki i parasolki bynajmniej do niej nie pasują. I mimo, iż oboje są bardzo atrakcyjni fizycznie, widz nie ma szansy odczuć niesamowitego iskrzenia, tak reklamowanego w zwiastunach i wszelkich promocjach filmu. Brak erotyzmu w tych relacjach aż zadziwia...

Atutem filmu są jednak piękne zdjęcia Rodrigo Prieto, który swoją klasę pokazał już w niedawno debiutującym na naszych ekranach wspaniałym meksykańskim obrazie "Amores perros". Tam dano mu jednak dużo większe pole do popisu, a znakomita reżyseria i jemu wystawiła niezłą wizytówkę. Szkoda, że twórca "Grzesznej miłości" bardziej nie wykorzystał tego talentu.

Cóż, jeszcze raz powtórzę, że film bardzo mnie zawiódł i przyznam, że podczas projekcji musiałam mocno się starać, by "wartka i zawikłana akcja" nie uśpiła mnie w wygodnym fotelu. Doprawdy, szkoda mi wysiłków większości ludzi przy nim pracujących. Pewnie nie zniechęcę ani fanów atutów Jolie ani wzdychających do Banderasa niewiast. Lojalnie jednak ostrzegam - nie spodziewajcie się zbyt wiele.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 48% uznało tę recenzję za pomocną (85 głosów).