Recenzja gry Sonic Forces (2017)

Trzeci bieg

Gdzieś w trakcie tej wyprawy twórcom zacięła się skrzynia biegów w tym całkiem nieźle przygotowanym tytule i zamiast wjazdu na metę „na pełnej”, doczłapali się tam ledwie na trzecim biegu.
Filmweb sp. z o.o.
Rok 2017 miał być nowym otwarciem dla Sonika, a "Sonic Forces" miało wprowadzić go w wielkim stylu w nową generację i wyznaczać kierunek dla dalszego rozwoju serii. Gdzieś jednak w trakcie tej wyprawy twórcom zacięła się skrzynia biegów w tym całkiem nieźle przygotowanym tytule i zamiast wjazdu na metę "na pełnej", doczłapali się tam ledwie na trzecim biegu. Ostatni. Daleko w cieniu odwiecznego rywala.

photo.title

"Sonic Forces" opowiada starą jak świat historię o złym Doktorze Eggmanie, który kolejny raz chce zniszczyć wszystko i wszystkich, aby stworzyć swoją wizję utopii, którą będzie zarządzał nie kto inny jak on sam. Na szczęście, w świecie tym działa bardzo silny ruch oporu, dowodzony przez Sonica i spółkę, który walczyć będzie do ostatniej kropli krwi. Świadomy potęgi niebieskiego jeża Doktor Eggman wchodzi w spółkę z potężną istotą imieniem Infinite, która w sumie jest leszczem jakich mało, ale potrafi nieźle mieszać w głowach i wizualizować lepiej niż ten znany youtuber z kawalerki. Dobra, nie oszukujmy się, nikt nie gra w "Sonica" czy w ogóle w platformówki dla fabuły i w sumie dobrze, bo wyrenderowane w niskiej rozdzielczości przerywniki filmowe najlepiej jest w tej grze po prostu pomijać.

photo.title

"Sonic Forces" sterujemy nie jednym, ale aż trzema bohaterami. Mamy więc na wzór "Sonic Generations" starego, pociesznego Sonica i nowego, zadziornego Sonica, a ich nowym towarzyszem jest stworzony przez nas Avatar. Avatar jest nowym członkiem ruchu oporu, w okół którego kręci się wszystko w tej produkcji. Wracając jednak do Soników. Stary Sonic rządzi na dwuwymiarowych planszach, na wzór dawnych gier z serii, zaś nowy Sonic biega z prędkością światła z zawieszoną za plecami kamerą. Podział jasny, choć zdarza im się czasami zamieniać na chwilę role, ale tu wszystko się zgadza. Avatar zaś zaczyna swoją przygodę w kreatorze, w którym decydujemy, czy ma być jeżem/psem/kotem/misiem (daje to dodatkowe bonusy w grze) oraz ustawiamy mu oczka, nóżki i rączki, w które chwile później wpychamy gigantyczną giwerę. Avatar zwiedza poziomy zarówno z kamerą z boku, jak i za plecami, często nawet mieszając te dwa style w obrębie jednego etapu. Największa różnica pomiędzy nim a Sonikami to przypisana do R2/ZR giwera, którą sieje popłoch wśród przeciwników.

photo.title

Gra składa się z trzydziestu etapów fabularnych, których przejście nie powinno zająć Wam więcej niż trzy godziny na standardowym poziomie trudności. Po ukończeniu każdego z nich nasze osiągi przeliczane są na punkty i przyznawana jest nam ranga, w zależności od której dostajemy paczki z prezentami w postaci akcesoriów dla Avatara. Im wyższa ranga, tym więcej gadżetów i giwer dla naszego stworka. W założeniu, po skończeniu gry powinniśmy wracać do ukończonych już etapów, aby wykręcać na nich jak najlepsze wyniki, ale nagrody w postaci kolejnych okularów czy butów w żaden sposób do tego nie motywują. Są tu również rankingi online, w których walczymy z graczami na całym świecie o to, kto najszybciej ukończy dany poziom, ale to w sumie tyle. O ile samym poziomom nie mam nic do zarzucenia, bo tak naprawdę to przechodząc grę, bawiłem się przednio, o tyle żadna z aktywności "po napisach" nie zachęciła mnie do ponownej gry. Na mapie świata pojawiają się różne dodatkowe misje i zadania SOS, ale to wciąż bieganie po tych samych etapach. Pewnie gdyby "Sonic Forces" było tytułem sprzedawanym w tej samej kategorii co wydana niedawno rewelacyjna "Sonic Mania", to taki czas zabawy byłby akceptowalny.

photo.title

"Sonic Forces" w wersji na PlayStation 4, którą ukończyłem, działa w rozdzielczości 1080p i stałych 60 klatkach na sekundę. Wygląda całkiem nieźle, dopóki pędzimy przed siebie, jednak przy bliższym kontakcie i przyglądaniu się otoczeniu, okazuje się, że masa wsadzonych do gry elementów wygląda, jakby ją żywcem wyjęto z PlayStation 3. Paradoksalnie, dużo przyjemniej mi się na tę gry patrzyło na Nintendo Switchu w trybie przenośnym, choć tam ze względu na niewystarczającą moc obliczeniową mamy jedynie 30 klatek na sekundę i gdzieś ucieka nam ta dynamika. Na ogromny plus zasługuje za to świetny soundtrack gdzieś z odmętów kalifornijskiego punk-rocka oraz całkiem niezły, bajkowy dubbing. Warto również dodać, że "Sonic Forces" jest pierwszą grą z serii, która doczekała się polskiej wersji językowej (napisy). Ciekawe, kiedy polskich ogonków doczeka się wąsaty hydraulik.

photo.title

Skoro już dotarliśmy do wąsatego hydraulika. Gdyby "Sonic Forces" wyszło rok temu albo nawet gdzieś na początku 2017, to na pewno patrzyłbym na niego bardziej pobłażliwie. Niestety, na chwilę przed Sonikiem zadebiutowało "Super Mario Odyssey", czyli, nie oszukujmy się, wielka produkcja, którą będziemy wspominać przez kolejne lata, tak jak do dziś wspominamy "Super Mario 64". Tak jak kiedyś Sonic stawiał dzielnie czoła Marianowi w wielkiej wojnie maskotek, tak dziś może jedynie patrzeć w górę i podziwiać króla na tronie. Jeśli jednak tak jak ja kochacie niebieskiego jeża, to warto, abyście dali mu szansę. "Sonic Forces"jest bałaganem, workiem pełnym dobrych i złych pomysłów, ale koniec końców to dobra gra. Tylko czy w dzisiejszym natłoku wielkich produkcji bycie dobrą grą jest wystarczające do osiągnięcia sukcesu?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 0% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Marcin Dąbkowski
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra