Recenzja filmu Elle (2016)
Paul Verhoeven

Tylko instynkt

Gdy pierwszej scenie filmu bohaterka podnosi się z podłogi, ściera krew z ud, sprząta potłuczoną zastawę i jak gdyby nigdy nic wychodzi do pracy, czujemy, że jej dalsze perypetie zepchną nas na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Elle (2016)
Życie chłoszcze. Ojciec z dożywociem, siedzi za masowe morderstwo. Matka w dobrym zdrowiu, ale z pasożytującym utrzymankiem u boku. Mąż zatroskany, tyle że były. Kochanek wspaniały, lecz żonaty z przyjaciółką. Synowa w ciąży, ale nie z synem. Jakby tego było mało, Michelle (Isabelle Huppert) zostaje zgwałcona przez włamywacza. Gdy pierwszej scenie filmu podnosi się z podłogi, ściera krew z ud, sprząta potłuczoną zastawę i jak gdyby nigdy nic wychodzi do pracy, czujemy, że jej dalsze perypetie zepchną nas na krawędź fotela.  

 Za kamerą "Elle" stanął holenderski reżyser Paul Verhoeven, facet, którego zdrowie zawsze wypiję. Raz, że podarował nam "RoboCopa", "Pamięć absolutną" i bodaj najlepiej zakonserwowany estetycznie film lat 90., czyli "Żołnierzy kosmosu". Dwa, że po dekadzie milczenia powrócił z obrazem w swoim stylu - prowokującym i wykorzystującym gatunkowy kostium raczej pretekstowo. Michelle to kolejna z jego bohaterek, która wydaje się większa niż kino. Jest literaturoznawczynią, robi gry wideo, miota w ludzi sarkastycznymi odzywkami i skrywa cały kuferek seksualnych perwersji. Jest jednocześnie kampowa i pełnokrwista, raz staje się fantazmatem perwersyjnej hedonistki, kiedy indziej wychodzi z niej pragmatyczna twardzielka. Last but not least, gra ją Isabelle Huppert, specjalistka od filmowej neurozy, kobieta, która nawet wychodząc po bułki wygląda jak królowa potępionych. 

 Osią filmu jest kryminalna intryga, zaś jej zapalnikiem sam atak - nieuzasadniony, wymierzony w godność bohaterki, kontynuowany wulgarnymi sms-ami. Atmosfera szybko się zagęszcza, Verhoeven rozsmakowuje się w mnożeniu fałszywych tropów. Nie sięga po tanie chwyty, zaś dzięki umiejętności zbudowania, ale i utrzymania napięcia, kręci sceny, które potrafią zjeżyć włosy na głowie."Elle", adaptacja prozy francusko-armeńskiego pisarza Philippe'a Dijana, jest jednak nie tyle opowieścią o zbrodni i zemście, co historią o budowaniu fałszywych tożsamości, o maskach, które przywdziewamy - wśród bliskich, w seksie, w pracy, w sytuacjach kryzysowych. I o rozsadzających je pierwotnych instynktach ("Wstyd jeszcze nikogo, przed niczym i nigdy nie powstrzymał" - powie Michelle przyjaciółce). To zresztą temat, który zawsze interesował reżysera. Poczynając od morderczej pisarki Catherine Tramell z "Nagiego instynktu", która używała literackiej fikcji, by doprowadzić do zguby tropiącego ją policjanta, po żydowską piosenkarkę z "Czarnej księgi, uwodzącą niemieckiego oficera w okupowanej Holandii.  

 Pomijając nietrafiony wizerunek studia developerskiego, w którym pracuje bohaterka (powstająca w nim gra mogłaby pojawić się jakieś dwie dekady temu, a i tak byłaby przyjęta wzruszeniem ramion), Verhoeven dobrze czuje się na tych dwóch narracyjnych płaszczyznach. Dialogi mają odpowiednie tempo, zaś Huppert porusza się w tylu komediowo-dramatycznych tonacjach, że ręce same składają się do oklasków. I choć samo rozwiązanie zagadki nieco rozczarowuje, łatwo wybaczyć reżyserowi drobne potknięcia. Filmowy krajobraz jest z nim po prostu ciekawszy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (145 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry