Recenzja filmu Mother! (2017)
Darren Aronofsky

U niej w domu

"mother!" to najbardziej radykalne dzieło Aronofsky'ego, które z pewnością podzieli widownię – surrealistyczny koktajl Polańskiego, von Triera i Bunuela. Trochę mroczna baśń, trochę przypowieść, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mother! (2017)
Przyznaję: zagorzałym zwolennikiem Darrena Aronofsky'ego nie jestem, a ze wszystkich jego filmów najbardziej lubię ten najprostszy i najmniej efektowny. Jednego odmówić mu jednak nie mogę: nie pozwolił Fabryce Snów spiłować swoich pazurów. Mając do dyspozycji wielomilionowe budżety i najjaśniejsze gwiazdy, wciąż opowiada historie, jakie nie śniły się hollywoodzkim wyrobnikom. "mother!to jego najbardziej radykalne dzieło, które z pewnością podzieli widownię – surrealistyczny koktajl Polańskiego, von Triera i Bunuela. Trochę mroczna baśń, trochę przypowieść, a trochę autotematyczny utwór o męczarniach, w jakich rodzi się dzieło sztuki. Nie dajcie się więc nabić w marketingową butelkę – film Aronofsky'ego z horrorem ma mniej więcej tyle samo wspólnego co "Drive" z "Szybkimi i wściekłymi".

Za górami, za lasami w domu na odludziu mieszka małżeństwo. On (Javier Bardem) spędza kolejne dni, kontemplując biel leżącej przed nim kartki. Kiedyś napisał Wielką Książkę, ale dziś na skutek twórczej blokady nie jest w stanie wydusić z siebie choćby jednego wartościowego zdania. Ona (Jennifer Lawrence), chcąc zapewnić ukochanemu idealne warunki do pracy, bierze na siebie wszystkie domowe obowiązki. Gdy już wydaje się, że on za chwileczkę przywita się z dawno niewidzianą weną, ona z podekscytowania wstrzymuje oddech. A potem wypuszcza go, kiedy zmięta kulka papieru ląduje w koszu. Pewnego dnia parę odwiedza nieznajomy (Ed Harris). Mąż wylewnie wita gościa, a potem niespodziewanie proponuje mu nocleg. Żona nie jest zadowolona, ale zaciska zęby i dalej gra rolę perfekcyjnej pani domu. Wkrótce rozlega się kolejny dzwonek do drzwi.

W twórczości Aronofsky'ego granica między prawdą a iluzją często bywa nieostra. Śledząc losy paranoicznego matematyka z "Pi", tracących kontakt z rzeczywistością narkomanów z "Requiem dla snu" albo obsesyjnie dążącej do doskonałości baletnicy z "Czarnego łabędzia", widz nie raz zachodził w głowę, na ile ekranowe zdarzenia są wytworem zwichrowanej psychiki bohaterów.  Tutaj cienka czerwona linia zostaje przekroczona niemal z marszu. Ekranowy świat niby zachowuje pozory normalności, ale co rusz odsłania przed publicznością szwy fantazji. Aronofsky ewidentnie celuje w alegorię: sięga po motyw mesjanizmu, odwołuje się do biblijnej "Księgi rodzaju". Słowem, uderza w najwyższe tony.

"mother!" pod wieloma względami rymuje się z innym filmem Aronofsky'ego. O ile jednak "Czarny łabędź" opowiadał o trudach bycia ulubieńcem muz, nowe dzieło traktuje również o mozole życia z taką osobą. Artysta to niefajny człowiek: kapryśny, samolubny, wiecznie nienasycony. Raz domaga się samotności, kiedy indziej rzuca się w wir kontaktów towarzyskich. Jednego dnia coś obiecuje, drugiego zapomina. Rano jest pogrążony w depresji, wieczorem czuje się królem świata. I jakby tego było mało, niczym wampir wysysa z otoczenia energię oraz pomysły. Czyżby Aronofsky – artysta pełną gębą – postanowił w obecności widza posypać głowę popiołem? Osobisty wydźwięk "mother!" wzmacnia niespodziewanie pozafilmowy, celebrycko-plotkarski wątek. Otóż tytułowa bohaterka ma dużo starszego od siebie męża, zaś wcielająca się w nią 27-letnia Jennifer Lawrence na planie zdjęciowym związała się z 48-letnim reżyserem. Myślałem, że to twoja córka! – powie literatowi skonfundowany gość. 

Laureatka Oscara gra tu postać odstającą od jej dotychczasowego emploi. Specjalnością Lawrence były przecież kobiety czynu, które nie obawiały się przejąć inicjatywy od mężczyzn. Tymczasem cicha i pokorna sercem bohaterka "mother!" - niczym Zofia Beksińska z "Ostatniej rodziny" - nie zamierza grać pierwszych skrzypiec, zadowala się rolą opiekunki domowego ogniska.  Tak jak w "Czarnym łabędziu" Aronofsky "przykleja" kamerę do aktorki, skrajnie subiektywizując narrację. Praktycznie każda scena odbywa się z udziałem Lawrence bądź jest filmowana z punktu widzenia jej postaci. W efekcie widz wie tyle samo co bohaterka i tak jak ona odczuwa coraz większy dyskomfort. Reżyser po mistrzowsku uwydatnia niezręczności w interakcjach kobiety z nachalnymi przybyszami. Spiętrza kolejne – czasem dziwaczne, czasem groźne – sytuacje, by wreszcie wywołać lawinę absurdu. I choć w paru momentach niepotrzebnie sięga po tanie chwyty z rekwizytorni kina grozy (tajemnicze plamy krwi, zapalający się samoistnie ogień w piekarniku), jego film nie traci energii.

"mother!" trzyma w napięciu tak długo, jak Aronofsky zwleka z wyłożeniem kart na stół. Kiedy jednak wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce, a zamaszysty koncept objawia się nam w całej okazałości, film robi się jałowy. Mroczna wyobraźnia reżysera pracuje na pełnych obrotach, trąby jerychońskie wygrywają apokaliptyczną symfonię, a obłęd tańczy pod rękę z szokującą przemocą. Wszystko to jednak wydaje się niczym więcej jak dosłowną ilustracją centralnej metafory filmu. Doceniam inscenizacyjną biegłość reżysera, biję pokłony przed odwagą i poświęceniem Lawrence. "mother!" największe wrażenie robi jednak wtedy, gdy twórcy sugerują ewentualne interpretacje, a nie wbijają je do głowy młotem pneumatycznym.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (256 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry