Recenzja filmu Ghost in the Shell (2017)
Rupert Sanders

Uwierz w ducha

Spieszę donieść, że lament fanów na wieść o angażu Scarlett Johansson do roli japońskiego cyborga okazał się przedwczesny. W jej udanej i nieoczywistej interpretacji Mira to zarazem poznające ...
Filmweb sp. z o.o.
Najpierw była manga Masamune Shirowa, później anime Mamoru Oshiego, lecz dla większości moich rówieśników kultowe "Ghost in the Shell" pojawiło się na radarze wraz z teledyskiem do housowego szlagieru "King of My Castle" autorstwa Wamdue Project. Kolaż scen dawał mgliste pojęcie, z czym mamy do czynienia: oto półnaga, cybernetyczna babka robi porządek w mieście przyszłości, rozwala z karabinu samobieżny czołg, a w wolnych chwilach zanurza się w morskiej toni i przeżywa kryzys tożsamości. Po seansie dłuższego o sto minut filmu Ruperta Sandersa konkluzja jest podobna. Pod pancerzem efektownej formy kryje się niekorzystny paradoks. To film kręcony na klęczkach, a jednocześnie odwracający rebeliancką wymowę oryginału.

Zaczyna się sceną narodzin bojowego cyborga, ludzkiego mózgu w syntetycznym ciele Miry Killian (Scarlett Johansson). Sterylne wnętrza, oleiste ciecze i pracujące bezgłośnie maszyny kojarzą się nie tylko z anime Oshiego, ale też z audiowizualnymi odlotami Chrisa Cunninghama i dają niezłe pojęcie o tym, w jakiej konwencji się poruszamy – "Ghost in the Shell" to rzecz zawieszona na granicy ekstrawaganckiego kina akcji oraz fantastyki naukowej z ambicjami, o niższej temperaturze i wolniejszym rytmie niż większość hollywoodzkich superprodukcji. Kiedy jednak chwilę później Killian, w termooptycznym kamuflażu i giwerą w dłoni, spada na grupę zbirów niczym kara boża, aseptyczny świat odsłania swoją brudną podszewkę. Oto moralnie podejrzana korporacja Hanka monopolizuje rynek cybernetycznych implantów i zamienia ludzkość w stado królików doświadczalnych, czemu opór daje nieuchwytny haker-partyzant. Killian, gwiazda antyterrorystycznej Sekcji 9, rusza do akcji, lecz im głębiej zapuszcza się w króliczą norę, tym częściej zaczyna powątpiewać w sens swojej misji. A jak mawia jej partner: gdy raz zaczniesz wątpić, nie przestaniesz do końca życia. 

photo.title
   
Mądrości, którymi raczą się do śniadania bohaterowie, podchodzą z innego kina i innego świata. W oryginale wypadały bezpretensjonalnie, gdyż "zmiękczał" je nawias filmu animowanego. W wersji aktorskiej ten łopatologiczny ton staje się grzechem ciężkim. Ze święcą szukać w "Ghost in the Shell" dialogów, które nie sprowadzają się do wykładni całej filozoficznej nadbudówki. Niewiele jest również scen, w których twórcy zatrzymują klucz interpretacyjny dla siebie - mówiąc delikatnie, wiara w inteligencję widza przychodzi im z trudem. W najlepszej scenie Killian wynajmuje prostytutkę, a następnie wnikliwie i z czułością bada jej ciało; zachwyca się fakturą skóry, piegami i przebarwieniami. Jej samotność zostaje przełożona na gesty, opowiedziana językiem obrazów, a nie zamknięta w mało wiarygodniej, literackiej narracji. O ironio, w gąszczu akademickich dyskusji z pogranicza transhumanizmu scenarzystom umyka to, co najistotniejsze. Zarówno literacki oryginał, jak i jego animowana adaptacja pytały nie tylko o definicję człowieczeństwa w stechnicyzowanym świecie, ale również o różnicę pomiędzy cyborgiem jako kolejnym ogniwem ewolucji homo sapiens a sztuczną inteligencją, która zyskała świadomość (Co jeśli syntetyczny mózg w syntetycznym ciele sam stworzyłby duszę? Jakie znaczenie w świecie miałby wówczas człowiek? – zastanawiała się bohaterka). Dłubiąc bez wyraźnego powodu w życiorysie jednej z kluczowych postaci, twórcy całkowicie zmarginalizowali ten wątek, pozostawiając jedynie jego zrąb – "Ghost in the Shell" to w w największym stopniu opowieść o pamięci, która kształtuje naszą tożsamość oraz potrzebie przynależności. Co jest o tyle ironiczne, że oryginał był raczej afirmacją buntu i historią poszukiwania wolności w świecie oplecionym światłowodami.

photo.title

Rozjarzona neonami metropolia jest popisem scenografów, grafików koncepcyjnych i magików komputerowej animacji. Alejki zaplątane w betonowy labirynt, serpentyny popękanych ulic, górujące nad slumsami szare blokowiska, a w śródmieściu nieustający festiwal świateł, dźwięków i barw. Dawno nie widziałem filmu, w którym tak wiele kontrastowych elementów zostałoby splecionych w tak spójną estetycznie wizję. Kiedy Sanders nakręca spiralę akcji, rozpoczyna się oczywiście starcie postu z karnawałem: oszczędne choreograficznie pojedynki idą w parze z barokową przeginką, ciekawe przejścia montażowe sąsiadują z nadużywanymi błyskotkami (slow-motion jest już niemodne, tako rzecze John Wick), a na każdy fikołek w CGI przypada jeden dobry numer kaskaderski. Ujmując rzecz kurtuazyjnie, reżyser wziął pod uwagę różnice we wrażliwości widzów. Albo w ich metryce.
 
photo.title   
  
Spieszę również donieść, że lament fanów na wieść o angażu Scarlett Johansson do roli japońskiego cyborga okazał się przedwczesny. Aktorka grała już sztuczną inteligencję, była zrzucającą skórę kosmitką, a nawet telepatką korzystającą z pełni potencjału ludzkiego mózgu, więc referencje ma porządne. W jej udanej i nieoczywistej interpretacji Mira to zarazem poznające świat dziecko, przetrącona przez życie kobieta i bezwzględna maszyna do zabijania. Johansson porusza się, jakby procesor w jej głowie obliczał każdy krok, a beznamiętne oblicze rozjaśnia emocjami w zaskakujących sytuacjach. Ktoś powie, że zasłużyła na lepszego reżysera. Kto inny, że to "Ghost in the Shell" zasłużyło na lepszą adaptację. I jedni, i drudzy będą mieli rację. Formalnie spełniony amerykański remake udowadnia przede wszystkim, że anime Oshiego nie jest gotowym scenopisem, zaś to, co najważniejsze, pozostało ukryte między słowami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (297 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie