Recenzja filmu Niknięcie (2017)
Boudewijn Koole

W środku mroźnej zimy

Na depresyjne, wydłużające się z każdą dobą noce listopada i grudnia nie jest to pewnie filmowa propozycja dla każdego. Jeśli film nawet niesie pewne uspokojenie, to jest to gorzki spokój ...
Filmweb sp. z o.o.
Podstawową dominantą "Niknięcia" jest chłód. Chłód relacji międzyludzkich, gustownie zainscenizowanych kadrów, emocji, krajobrazu. Film zaczyna się w środku zimy w norweskiej wiosce, do której przyjeżdża Holenderka, Roos. Odwiedza swoją od dawna żyjącą w Norwegii matkę, Louise i znacznie młodszego brata.


Louise zamieszkuje w ładnym, drewnianym domu, utrzymuje się udzielanym dzieciom z okolicy lekcji gry na pianinie. Jest surową nauczycielką, wygląda jakby na daleką północ przyjechała prosto z "Pianistki" w adaptacji Michaela Hanekego. Gdy córka spontanicznie dosiada się do niej do pianina i zaczyna grać na cztery ręce, Louise komentuje to cierpko: "Schubert nie wybacza błędów".

Reżyser Boudewijn Koole od początku daje nam do zrozumienia, że między matką i córką coś kiedyś poszło nie tak. W kolejnych rozmowach pojawiają się odniesienia do konfliktów z bliższej i dalszej przeszłości: rozwodu rodziców Roos i jej decyzji, by pozostać z ojcem, wielkiej kłótni między kobietami sprzed roku. Obie bohaterki mają do siebie liczne pretensje, których nie potrafią nawet wypowiedzieć, a co dopiero rozwiązać. Koole pokazuje to wszystko w bardzo dyskretny, wyciszony sposób. Ogrywa detal. Zamiast kazać postaciom mówić o swoich uczuciach, pokazuje zbliżenie ręki szukającej dotyku.


Pewnie i tegoroczne spotkanie matki i córki skończyłoby się jak poprzednie, ale w tym roku Roos ma coś ważnego do zakomunikowania rodzinie. Jest terminalnie chora, wie, że następnej zimy już na pewno do nich nie przyjedzie. I to właśnie ten wątek "Niknięcia" wydaje mi się najciekawszy.

W filmie Koole widzę próbę stworzenia świeckiej, post-religijnej narracji oswajającej śmierć. Pozwalającej pogodzić się z nieuchronnym losem i przygotować na stopniowe rozpłynięcie się w wielkim zimnie. Podróż Roos do rodziny jest rytuałem, który ma umożliwić zamknięcie przeszłości, pożegnanie z bliskimi, z którymi na dobre i złe związał nas los, pogodzenie z własną biografią i życiowymi wyborami.


Ten nowoczesny filmowy traktat o umieraniu nie udałby się, gdyby nie dwie znakomite kreacje aktorskie: Elsie de Brauw w roli Louise i Rifki Lodeizen jako Roos. Louise w wykonaniu tej pierwszej jest wiarygodna zarówno wtedy, gdy siedzi za pianinem w salonie jako ktoś, kto zamieszkuje wyłącznie królestwo kultury wysokiej i harmonii sfer; jak i wtedy, gdy jako pragmatyczna wiejska gospodyni przycina pazury psom na zimę. Lodeizen nadaje cierpieniu Roos jednocześnie bardzo cielesny, biologiczny i duchowy wymiar.

Na depresyjne, wydłużające się z każdą dobą noce listopada i grudnia nie jest to pewnie filmowa propozycja dla każdego. Jeśli film nawet niesie pewne uspokojenie, to jest to gorzki spokój akceptacji tego, co nieuchronne. Powolna, chłodna forma także może stawiać opór. Warto go jednak przełamać. "Niknięcie" to bowiem dobrej jakości przykład estetyki europejskiego kina artystycznego – nawet jeśli czasami za bardzo zadłużony u Hanekego, czy Bergmana.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry