Recenzja filmu Morgan (2016)
Luke Scott

W cieniu ojca

Brak własnego głosu i wizji Luke Scott nadrabia sprawnością warsztatową."Morgan" z całą pewnością nie można odmówić tego, że dobrze wygląda. Rzemiosło reżyserskie Scott opanował do perfekcji i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Morgan (2016)
Czy "Morgan" to wyzwanie rzucone ojcu? A może próba wyjścia z cienia wielkiego rodzica? Podczas seansu pełnometrażowego debiutu Luke'a Scotta, syna Ridleya Scotta, te i podobne pytania pojawiać się będą w sposób zupełnie naturalny. Scott junior bowiem sięgnął po gatunek, w który jego ojciec jest chodzącą legendą.

photo.title

Niestety, jeśli chciał udowodnić, że ma coś własnego do powiedzenia, to zawiódł na całej linii. I jest to w dużej mierze jego wina. Scenariusz Setha W. Owena dawał bowiem okazję do stworzenia pozornie skromnego obrazu SF, który jednak mógł kipieć od znaczeń. Morgan to imię syntetyczno-organicznego inteligentnego bytu o konstrukcji psychofizycznej człowieka. Na pierwszy rzut oka wygląda na nastolatkę, choć w rzeczywistości ma zaledwie pięć lat. To nie jej jedyna wyjątkowa cecha. Morgan jest bowiem efektem programu badawczego nad ludzkim DNA sponsorowanego przez tajemniczy koncern. Kiedy dochodzi do incydentu z jej udziałem (brutalnie zaatakowała jedną z opiekunek), na miejsce zostaje wysłana Lee Weathers. Z ramienia koncernu kobieta ma ocenić rzeczywisty stan projektu i podjąć decyzję o jego kontynuowaniu lub też kasacji. To, co zastaje na miejscu, mogło być pożywką dla wielu filmów SF.

Niestety Luke'owi Scottowi nie udaje się wyjść z cienia ojca. W jego rękach "Morgan" mutuje w replikanta kina Ridleya Scotta. O ile jednak ojciec bardzo pilnował właściwej prezentacji, o tyle syn udowadnia, że nie ma za grosz wyczucia finezji. Trudno powiedzieć, co gorzej mu wychodzi: początkowa ekspozycja czy finałowe dopinanie opowieści. Luke Scott nie potrafi grać niedopowiedzeniem. Kiedy próbuje być dwuznaczny, rzuca fałszywe tropy tak niezręcznie, że w gruncie rzeczy budzi to jedynie litość.

Scott nie potrafi też odmówić sobie postawienia kropki nad i. Dlatego też w finale, mimo że wszystko jest już jasne, serwuje nam jeszcze jedną scenę, w której ujawnia wielką "tajemnicę".Scott ma też problem z prowadzeniem aktorów. Kate Mara ma być chłodną profesjonalistką. Ale od początku trudno jest w to uwierzyć. Aktorka w roli Lee Weathers wygląda, jak oszustka albo niepewna siebie dziewczynka, która udaje twardą "zdzirę", robiąc dobrą minę do złej gry. Ponieważ najbardziej daje się to zauważyć w początkowych partiach filmu, to nie jestem wcale przekonany, że słabość kreacji jest winą Mary. Odnoszę raczej wrażenie, że grała tak pod dyktando reżysera, któremu wydawało się, że w ten sposób tworzy percepcyjny dysonans, który miał służyć wyższym celom.

photo.title   photo.title

Brak własnego głosu i wizji Luke Scott nadrabia sprawnością warsztatową. "Morgan" z całą pewnością nie można odmówić tego, że dobrze wygląda. Rzemiosło reżyserskie Scott opanował do perfekcji i kiedy zapomina o tym, że ma kręcić klimatyczne kino SF, jego film zaczyna się robić nawet całkiem interesujący. Najlepiej wypadają sceny strzelanin i walk wręcz, co sugeruje, że Scott ma smykałkę do kina akcji. Bardzo chętnie zobaczyłbym, jak radzi sobie, reżyserując film z Liamem Neesonem albo Jasonem Stathamem. Może nie byłyby to produkcje ambitne, ale jestem prawie pewien, że sprawiłyby wielu widzom więcej radości niż "Morgan".

Pozostaje mi więc liczyć na to, że pełnometrażowy debiut Luke'a Scotta to forma symbolicznego oczyszczania systemu z artystycznego wpływu ojca i że teraz, będąc wolnym (co jest jednym z głównych wątków tematycznych "Morgan"), odnajdzie swój własny głos.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 48% uznało tę recenzję za pomocną (89 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)