Recenzja filmu Życie Adeli – Rozdział 1 i 2 (2013)
Abdellatif Kechiche

W niebieskim jej do twarzy

W jednej ze scen "Życia Adeli" tytułowa bohaterka, w następstwie miłosnych igraszek, prosi swoją kochankę, by ta oszacowała poziom jej seksualnych kompetencji. Adele otrzymuje czternaście ...
Filmweb sp. z o.o.
W jednej ze scen "Życia Adeli" tytułowa bohaterka, w następstwie miłosnych igraszek, prosi swoją kochankę, by ta oszacowała poziom jej seksualnych kompetencji. Adele otrzymuje czternaście punktów, co w dwudziestostopniowej skali francuskiego systemu szkolnictwa oznacza ocenę "dobrą", ale nie "bardzo dobrą". "Musisz jeszcze poćwiczyć" - argumentuje roześmiana Emma, a jej partnerka, wchodząc w rolę entuzjastycznie nastawionej uczennicy, obiecuje poprawę i zapewnia, że następnym razem da z siebie wszystko. Z kolei odtwórczyni głównej roli, Adele Exarchopoulos, zdała swój egzamin z wyróżnieniem i, do spółki z Leą Seydoux i reżyserem, zasługuje na najwyższe noty. Dzieło Abdellatifa Kechiche'a jest warte każdej nagrody, którą zdobyło, a także wielu z tych, których mu nie przyznano.

Film jest luźną adaptacją komiksu Julie Maroh. Opowiada o losach piętnastoletniej licealistki, Adele. Trochę wycofana miłośniczka literatury wiedzie z pozoru ustabilizowany tryb życia, przeżywa pierwsze zauroczenie i rozczarowanie miłosne, snuje plany na przyszłość. Mimo to nie czuje się w pełni usatysfakcjonowana ani szczęśliwa, ma wrażenie, że jej życiu czegoś brakuje. Pewnego razu zauważa na ulicy niebieskowłosą nieznajomą, która nieoczekiwanie staje się obiektem jej fantazji seksualnych. W wyniku kolejnego, przypadkowego spotkania dziewczyny nawiązują bliższą znajomość, a ich koleżeńska relacja szybko zamienia się w płomienny romans.


Fabuła mogłaby stanowić punkt wyjścia do standardowego love story opartego na schemacie zakazanej miłości, ale nie pod okiem twórcy pokroju Kechiche'a. Mimo że tunezyjski reżyser pewnie nigdy nie zostanie okrzyknięty ponadczasowym wizjonerem, jest na pewno kimś więcej aniżeli sprawnym rzemieślnikiem. Ukazując wzloty i upadki związku dwóch młodych kobiet, nie ucieka się do szantażu emocjonalnego, melodramatycznego efekciarstwa czy patosu. Snuta niespiesznie narracja decyduje o tym, że przedstawiona historia toczy się swoim własnym rytmem i nie zmierza do określonego punktu docelowego. Kechiche jest świetnym obserwatorem ludzkich zachowań we wszystkich jego zawiłościach i sprzecznościach, dlatego pozwala rozsmakować się w pojedynczych niuansach relacji bohaterek. W pozornie banalnej rzeczywistości dostrzega przestrzeń dla filozoficznej zadumy oraz etycznych dylematów. Jednak zamiast zdawkowo odpowiadać na stawiane pytania, koncentruje się na bezpośrednich doświadczeniach postaci. Seans "Życia Adeli" dostarczy intensywnych doznań szczególnie tym widzom, którzy przyjmą narzuconą konwencję i wejdą w rolę nachalnego podglądacza.

Kechiche stawia na skrajny naturalizm. Długie, improwizowane dialogi i częste zbliżenia na twarze stają się środkami wyrazu w jego filmie. "Życie Adeli" ma w sobie coś z oszczędnych, intymnych obrazów braci Dardenne. Kamera zagląda do wszystkich aspektów życia głównej bohaterki z równą szczerością i otwartością. Towarzyszy jej w drodze do szkoły, na lekcji, w domu, w klubie. Ponadto jest bardzo szczegółowa i bezwstydna. Nie upiększa, nie ma oporów przed pokazaniem każdej zmarszczki, każdego nawet najmniej istotnego gestu. Kechiche sugeruje w ten sposób, że ciało jest równie ważne co dusza. Rzadko zdarza się, by więź łącząca widza z filmową postacią była tak silna i namacalna. Adele nie jest obiektem pożądania reżysera, a tym bardziej charyzmatyczną indywidualnością, lecz zwykłą (aczkolwiek bardzo ładną) dziewczyną, na którą można by przelotnie spojrzeć spacerując po ulicy. Dzięki temu mamy szansę utożsamić się z jej problemami, razem z nią przeżywamy radość, smutek, frustrację, gniew i dzielimy te same motywacje. Opowieść od początku do końca angażuje wszystkie zmysły i emocje.

Jednocześnie Kechiche raz na zawsze udowadnia, że naturalizm nie musi być surowy. "Życie Adeli" to w gruncie rzeczy bardzo sensualne kino, chociaż raczej nie dostarczy dużej dawki pozytywnej energii. Zmysłowy realizm ujawnia się na wielu płaszczyznach, a jednym z mocno zaakcentowanych elementów jest w tym kontekście motyw konsumpcji. Jest to chyba pierwszy film od czasu "Jestem miłością" Lucy Guadagnino, w którym celebracja jedzenia urasta do rangi wyrafinowanego obrzędu. Sceny spożywania posiłków stanowią oś fabularną, na której wsparte są najważniejsze wydarzenia z życia bohaterek. Kiedy nastoletnia Adele po raz pierwszy poczuje się odrzucona przez rówieśników, nie zapali papierosa, ale, zalana łzami, sięgnie po batonika czekoladowego. Przez kulinaria pokazywane są też podziały społeczne i różnice kulturowe między dziewczynami. Emma marzy o karierze malarki, jej rodzice popijają białe wino i zajadają się owcami morza. Natomiast Adele ma bardziej przyziemne cele, a w jej domu serwuje się głównie spaghetti. O ile "Skrawki" Harmony'ego Korine'a obrzydziły mi włoski przysmak na dość długi czas, o tyle ubrudzona sosem pomidorowym Adele, wkładając do ust i przeżuwając kolejne porcje makaronu, przywróciła mi na niego ochotę w mgnieniu oka.


O wyjątkowości najnowszego filmu Kechiche'a decydują przede wszystkim przepięknie sfilmowane, niesamowicie zmysłowe sceny lesbijskiego seksu. Twórca "Czarnej Wenus" nie przekracza cienkiej granicy pomiędzy wysublimowaną erotyką a tandetną pornografią. Wydłużone sekwencje są jednoznaczne, ociekają ciepłem, pasją, czułością, ale jednocześnie mamy świadomość, że pomiędzy dwojgiem ludzi dzieje się coś potężnego. Zbliżenia są pokazane z chirurgiczną precyzją, widz nie ma szansy zwrócić uwagi na nic innego, bo cały kadr zostaje wypełniony przez dwa splecione ze sobą nagie ciała. Na własne oczy przekonujemy się o emocjach towarzyszących tym ekstatycznym uniesieniom. Niektórzy widzowie będą zmagać się z dyskomfortem polegającym na tym, że praktycznie nic nie pozostaje dla wyobraźni, ale to szczegółowość i nacisk na detale są tym, co urzeka najbardziej. Adele i Emma po prostu nie mogą się sobą nacieszyć - ich miłość jest jak silny narkotyk.

Gdy Steven Spielberg przyznawał "Życiu Adeli" najważniejszą nagrodę canneńskiego festiwalu, zaprosił na scenę reżysera wraz z odtwórczyniami dwóch pierwszoplanowych ról. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie one są w głównej mierze odpowiedzialne za sukces filmu. Adele Exarchopoulos jest objawieniem i jako emocjonalnie rozbita dziewczyna tworzy zdumiewająco przekonującą postać. Z jej pełnymi ustami i sennymi oczami wygląda początkowo jak zwykła nastolatka, ale w momencie, gdy jej bohaterka zakochuje się, młoda aktorka bez cienia fałszu oddaje na przemian radość i smutek, pragnienie i tęsknotę. Jest to kreacja bardziej oparta na intuicji, instynkcie, a nawet empatii niż technice, ale to w żaden sposób nie umniejsza jej zasług. Jeszcze lepsza jest Lea Seydoux. Mimo że współpracowała wcześniej z takimi fachowcami jak Tarantino czy Allen, dopiero teraz dostała szansę, by pokazać cały wachlarz swych umiejętności. U Kechiche'a osiąga nowe poziomy wrażliwości i intensywności. Nie ma chwili, by wątpić w szczerość jej wizerunku, będącego doskonałym uzupełnieniem lekko nieśmiałej Adele, którą co rusz obrzuca chytrym uśmiechem. Obie aktorki są hipnotyzujące w swoich rolach, a między ich bohaterkami czuć tak zwaną chemię.

Duże znaczenie ma także estetyka obrazu, w której dominuje kolor niebieski. Od samego początku wypełnia on cały świat tytułowej bohaterki - niebieski lakier do paznokci, niebieskie ubrania, niebieska pościel, niebieskie ławki. Kechiche nie wprowadza tych elementów nachalnie, lecz subtelnie. Wydaje się, że kolor ten był obecny w życiu Adele na długo przed pojawieniem się Emmy, ale dopiero po jej spotkaniu będzie kolorem nadziei. Dowodem są niebieskie flary na marszu protestacyjnym, w którym razem biorą udział. Jego uczestnicy nie wykrzykują "agresywnych" haseł, upominają się tylko o prawo do życia po swojemu. Później niebieski stanie się tym, co tak naprawdę symbolizuje, czyli kolorem tęsknoty i cierpienia. Wspaniały jest moment, gdy Adele pozwala sobie na kąpiel w morzu, a szafir wody doskonale przywołuje błękit włosów jej kochanki, obejmując każdą część jej ciała.


Dzieło Kechiche'a to kameralna historia miłosna na miarę naszych czasów. Coraz częściej podejmowane we współczesnym kinie tematy zostały przedstawione w prosty, ale jednocześnie odkrywczy sposób. Kechiche nie moralizuje. Jedną z najlepszych rzeczy w jego filmie jest to, że bohaterki nie są definiowane poprzez ich orientację seksualną, dzięki czemu opowieść staje się uniwersalna. Morał płynący z filmu jest prosty: seks bez miłości jest niczym, a życie pozbawione miłości znaczy jeszcze mniej. Tak ekstremalny poziom pasji i satysfakcji seksualnej jest bardzo rzadko ukazywany na ekranie. "Życie Adeli" to niezwykła, długotrwała eksplozja przyjemności, bólu, pożądania, nadziei i jeden z najpiękniejszych filmów, jakie widziałem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (207 głosów).
saruman22
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)