Recenzja filmu Goodbye Berlin (2016)
Fatih Akin

Wakacje życia

Takie wakacje jak w "Goodbye, Berlin" zdarzają się w życiu tylko raz. Dzięki magii kina można je jednak przeżywać wiele razy. 
Filmweb sp. z o.o.
To prawda, że w większości filmów drogi chodzi o to samo – nie liczy się w nich tak bardzo to, co się wydarzy, ile wpływ samej podróży na życie jej uczestników. To dlatego Fatih Akin już w pierwszej scenie swojego "Goodbye, Berlin" zdradza, jak skończy się wycieczka/ucieczka nastoletnich bohaterów. A sądząc po zlepionych w rwanym montażu obrazach – zakrwawionych twarzach, policyjnych syrenach i biegających po autostradzie świniach – nie skończy się dobrze. Jak w każdej ciepłej young adult story nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. 


Główny bohater filmu – Maik (Tristan Göbel) – ma 14 lat i jest na zabój zakochany w najpiękniejszej dziewczynie w  klasie. Rzecz jednak w tym, że w oczach zarówno anielskiej Tatiany, jak i pozostałych kolegów i koleżanek, jest tak nijaki, że aż niewidoczny. Kiedy więc po sali rozchodzą się zaproszenia na urodziny Tatiany, Maik jest jedyną osobą, który kartki nie dostaje. A przepraszam. Drugą jest nowy chłopak w klasie – Rosjanin o azjatyckiej urodzie, który twierdzi, że jest Niemcem. Tschick (tak brzmi oryginalny tytuł filmu) jest takim oryginałem – dość wspomnieć, że lubuje się w kombinacji dresów i hawajskich koszul i nie rozstaje się z reklamówką, w której trzyma zapas wódki – że nawet Maik się od niego odsuwa. Ale tylko do czasu. Tschick okaże się bowiem supergościem – na tyle, by bez zastanowienia uciec z nim kradzionym samochodem daleko za miasto.  

Co ciekawe, o tytułowym Tschicku nie wiemy prawie nic. Oprócz wielonarodowego pochodzenia zdradza tylko, że ma dziadka w Transylwanii, a najbardziej czuje się cygańskim żydem. Możemy się tylko domyślać, dlaczego chodzi w podartych klapkach, łoi gorzałę na śniadanie i pragnie jedynie jechać przed siebie. Mimo licznych niewiadomych, to właśnie on jest najciekawszą postacią w filmie (ile w tym zasługi dobrego scenariusza, a ile pierwszorzędnego w swojej kreacji debiutanta Ananda Batbilega, trudno rozsądzić). Jego postać to jednak tylko figura, która ma przyczynić się do zmian w życiu znajdującego się na pierwszym planie Maika. 


Jak się okazuje, szkolne rozterki głównego bohatera to nic w porównaniu z tym, co się dzieje u niego w domu. O dziwo jednak, jego rodzinne problemy nie są w filmie traktowane poważnie – matka alkoholiczka jest wręcz źródłem ciepłego humoru. Maik pisze o niej w szkolnym wypracowaniu, że jest zabawna jak mało która rodzicielka. A w dalszej części filmu mówi nawet, że są gorsze rzeczy niż pijąca mama. Doceniając nieprzyzwoitość zarówno tego stwierdzenia, jak i całego filmu – czuję się przekonana.   


Sama podróż chłopców rozklekotaną ładą po sielskich sceneriach niemieckich wsi i miasteczek jest urzekająca. Piękne słoneczne zdjęcia, muzyka – nastrojowy "Car spin" Vince'a Pope'a na zmianę ze skomponowanym specjalnie na potrzeby filmu zadziornym "French Disko" – i ogólna beztroska tworzą klimat młodzieńczej przygody, której każdy chciałby doświadczyć. Historia opowiedziana w "Goodbye, Berlin" (oparta na powieści Wolfganga Herrndorfa wydanej w Polsce pod tytułem "Czik") jest jednak na tyle uniwersalna, że poruszy nawet osoby, które inicjacyjne eskapady mają już dawno za sobą. Naprawdę trudno zachować powagę, gdy chłopcy próbują podgrzać mrożoną pizzę zapalniczką, i nie rozmarzyć się na scenie, w której zasypiają pod rozgwieżdżonym niebem. 

Takie wakacje jak w "Goodbye, Berlin" zdarzają się w życiu tylko raz. Dzięki magii kina można je jednak przeżywać wiele razy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry