Recenzja filmu Przełęcz ocalonych (2016)
Mel Gibson

Waleczne serca

Biografia Dossa to wymarzony materiał na film. Jest w niej miejsce na wystawne widowisko batalistyczne, romans, rodzinny dramat oraz opowieść o męskiej przyjaźni wykutej w ogniu ze strzelb i ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdy inni będą odbierać życie, ja będę je ratował – deklaruje medyk Desmond Doss, bohater świetnego filmu Mela Gibsona "Przełęcz ocalonych". Doss to autentyczna postać. Zaciągnął się do armii w 1942 roku na wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor. W trakcie służby odmówił jednak noszenia broni i zabijania wrogów, argumentując decyzję swoimi przekonaniami religijnymi. Mimo to w trakcie krwawej bitwy o Okinawę w maju 1945 udało mu się uratować życie 75 żołnierzom. Za swój heroiczny wyczyn rozmodlony pacyfista otrzymał z rąk prezydenta Trumana najwyższe odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.


Biografia Dossa to wymarzony materiał na film. Jest w niej miejsce na wystawne widowisko batalistyczne, romans, rodzinny dramat oraz opowieść o męskiej przyjaźni wykutej w ogniu ze strzelb i moździerzy. Gibson, który zawsze odnajdywał się świetnie w epickich narracjach, miał więc tu pole do popisu. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Hollywood puści wreszcie w niepamięć jego wyskoki z przeszłości i nie pominie "Przełęczy" podczas zbliżającego się sezonu nagród. Kosztująca 55 milionów produkcja wydaje się bowiem idealnie skrojona pod gusta członków Akademii Filmowej.

Film Gibsona ma klarowną, wyraźnie zaznaczoną trzyaktową strukturę. Część pierwsza to dzieciństwo i młodość bohatera spędzone w malutkim miasteczku w stanie Wirginia. Kluczową dla tego rozdziału figurą jest agresywny ojciec Desmonda – weteran I wojny światowej zmagający się przy pomocy whisky z traumatycznymi wspomnieniami z frontu. Doss senior w stonowanej interpretacji Hugona Weavinga nie wydaje się jednak czarnym charakterem, lecz postacią tragiczną. Zombie, którego duch nie wydostał się nigdy z okopów we Francji. Czy jego syna czeka wkrótce podobny los?

Akt drugi – etap szkolenia wojskowego w obozie dla rekrutów – to moment, w którym Doss musi skonfrontować swoje ideały z rzeczywistością. Udowodnić dowódcom oraz towarzyszom broni, że nie jest tchórzem ani szaleńcem. Że odwaga, bycie twardzielem nie zawsze muszą iść w parze z użyciem siły fizycznej. W tej części filmu nie brakuje wzniosłych scen z kwestiami w rodzaju: Nie będę mógł żyć ze sobą, jeśli nie pozostanę wierny swoim poglądom. Gibson posiada jednak rzadki talent. Potrafi sprawić, że sytuacje, które na papierze mogą się wydawać zbyt pompatyczne, na ekranie budzą wzruszenie i dreszcz na plecach. Reżyserowi wydatnie pomagają w tym aktorzy. Mój ulubieniec Vince Vaughn po bezpłciowej kreacji w "Detektywie" zalicza wreszcie udany występ jako srogi sierżant, który próbuje złamać niepokornego rekruta. Dobrzy są też Luke Bracey wcielający się w niechętnego Dossowi szeregowego Smitty'ego oraz Teresa Palmer jako ukochana bohatera. Najgłośniejsze oklaski należą się jednak odtwórcy głównej roli, Andrew Garfieldowi. Ujmujący nieśmiałym uśmiechem chuchrowaty Desmond nie ma w sobie nic z ostatniego sprawiedliwego ani pomnikowego kaznodziei. Film pokazuje, że rezygnacja z przemocy nie przyszła mu wcale tak łatwo, zaś drzemiący w głębi jego duszy agresor czasem budził się do życia.


Ostatni rozdział filmu to trwająca kilkadziesiąt minut imponująca sekwencja wielkiej bitwy o Okinawę. Od czasów "Szeregowca Ryana" prawdopodobnie nie było w kinach równie brutalnej sceny batalistycznej. Kamera nie oszczędza nam widoku eksplodujących ciał, zmasakrowanych resztek twarzy, urwanych kończyn i plątaniny jelit wylewających się ze zwłok. Najbardziej emocjonująca część "Przełęczy ocalonych" zaczyna się jednak wraz z chwilą, gdy opada wojenny kurz, a oczom bohatera ukazuje się krwawe pogorzelisko. Znajdujący się do tej pory na uboczu Desmond rusza do boju o życie rannych niedobitków, a film zamienia się w pierwszorzędny dreszczowiec.

W tej angażującej opowieści o różnych obliczach heroizmu wątpliwości może budzić co najwyżej jej religijny aspekt. Konkretniej: rozdźwięk między tym, co twórcy chcieliby powiedzieć, a tym, co rzeczywiście mówią. Pomijam już fakt, że dla uhonorowania słynnego pacyfisty Gibson musiał najpierw zorganizować na ekranie ultrabrutalny festiwal śmierci. Trudno jednak uwierzyć w przesłanie nawołujące do pokoju i miłości bliźniego, skoro największą satysfakcję i reżyserowi, i widzom sprawia widok dzielnych amerykańskich wojaków dających w finale łupnia złym Japończykom. Tak czy owak: film na medal. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (500 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie