Recenzja filmu Atomic Blonde (2017)
David Leitch

Wariacje koloru blond

Wizytówką "Atomic Blonde" może być trwająca kilkanaście minut, nakręcona w jednym (!) ujęciu sekwencja, w której bohaterka najpierw wdaje się w wyczerpującą bijatyko-strzelaninę, a potem bierze ...
Filmweb sp. z o.o.
W obecności Lorraine Broughton nikt z Was nie odważyłby się opowiadać dowcipów o blondynkach. James Bond mógłby się od niej uczyć, jak pić alkohol i podrywać dziewczyny, a Jason Bourne powinien poprosić ją o kilka lekcji samoobrony.  O tym, że Lorraine to twarda sztuka, wiadomo od momentu, gdy w wypełnionej lodem wannie, ze szklanką Stolicznej w dłoni próbuje dojść do siebie po wyczerpującym tygodniu. Umięśnione ciało  agentki MI6 zdobią liczne stłuczenia i krwiaki, a pod okiem pyszni się siniak. To pamiątki z jej ostatniej wizycie w Berlinie. Jak się zapewne domyślacie, gwiazda brytyjskiego wywiadu nie nabawiła się tych obrażeń w trakcie spacerów wokół Placu Poczdamskiego. Jest w końcu bohaterką nowego dzieła Davida Leitcha, współtwórcy pierwszego "Johna Wicka".


W trakcie seansu "Atomic Blonde" nie sposób nie odnieść wrażenia, że oglądamy na przemian dwa filmy. Pierwszy to zimnowojenny thriller w stylu Johna Le Carre ("Szpieg", "Nocny recepcjonista"). Fabuła kręci się w nim wokół wykradzionej listy podwójnych agentów, a bohaterami są psychicznie wypaleni szpiedzy, którzy dawno temu zgubili moralny kompas i pogrzebali wyrzuty sumienia. Drugi film znacie ze zwiastunów - to wybuchowy niczym nitrogliceryna koktajl "Bourne'a", "Johna Wicka" i "Raidu", opowieść o seksownej lasce kładącej pokotem zastępy napastników przy dźwiękach popowych szlagierów. Pierwsza produkcja, choć stylowo zrealizowana, ma rozlazłą, niepotrzebnie zagmatwaną intrygę, a także cierpi na brak porządnego czarnego charakteru. Druga będzie świętym Graalem dla wszystkich, którzy w kinie akcji od efektów specjalnych cenią bardziej kaskaderskie popisy i realizacyjną brawurę. Wizytówką "Atomic Blonde" może być trwająca kilkanaście minut, nakręcona w 40 ujęciach, ale wyglądająca jak mastershot sekwencja, w której bohaterka najpierw wdaje się w krwawą bijatyko-strzelaninę, a potem bierze udział w pościgu samochodowym. Wspaniale zainscenizowany, frenetyczny taniec śmierci może być koronnym dowodem na to, jak wiele traci współczesna Fabryka Snów, opierając filmowe spektakle na czarach z komputera.

Lorraine potrafi zasztyletować samym spojrzeniem, nigdy nie podnosi głosu, a każda linijka jej dialogu jest jak pocisk wymierzony w potylicę adwersarza. Ów chłodny profesjonalizm nie czyni jednak z bohaterki  cyborga w ludzkiej skórze. Choć ma więcej jaj niż wszyscy otaczający ją faceci,  pozostaje stuprocentową kobietą emanującą seksapilem o mocy bomby jądrowej. Nawet, gdy trzeba przerobić paru zbirów z KGB na currywurst, Broughton nie rezygnuje z pełnego makijażu, kusych spódniczek oraz butów na wysokim obcasie. Któż lepiej mógłby zagrać zabójczą blondynkę niż Charlize Theron - eks-modelka o urodzie femme fatale, a zarazem jedna z inteligentniejszych hollywoodzkich aktorek. To jej najlepsza rola od czasu "Kobiety na skraju dojrzałości".


"Atomic Blonde" ma jeszcze jednego bohatera. To podzielony murem, poszarzały Berlin Anno Domini 1989. Eleganckie restauracje sąsiadują tu ze squatami i neonowymi dyskotekami, a na ulicach można spotkać zarówno zbuntowanych punków jak i tajniaków z bezpieki. Wokół rozbrzmiewają piosenki Davida Bowiego, New Order i Neny, zaś w powietrzu wisi polityczna rewolucja. W tej fascynującej scenerii Leitch puszcza w ruch kolejne karuzele akcji, po obejrzeniu których będziecie musieli szukać szczęk pod fotelami. Achtung, Baby!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (112 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry