Recenzja filmu Skazany na bluesa (2005)
Jan Kidawa-Błoński

Wehikuł czasu

"Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj, bo przyjaciela straciłbyś... jak ja..." A może jednak warto zaryzykować i poznać go, choć może się wydawać, że już jest na to za późno? Może trzeba poczuć ból ...
Filmweb sp. z o.o.
"Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj, bo przyjaciela straciłbyś... jak ja..." A może jednak warto zaryzykować i poznać go, choć może się wydawać, że już jest na to za późno? Może trzeba poczuć ból utraty, żeby zrozumieć kim był dla nas – młodych, którzy go słuchali i mu uwierzyli. Może czas, by poznać choć trochę Ryszarda Riedla i podziękować mu w duchu za to, że śpiewał i za to, co śpiewał.

Jan Kidawa-Błoński właśnie postanowił to zrobić i, co więcej, pomóc innym, dając im taką możliwość. Nakręcił film, którego tytuł jest również tytułem znanego utworu zespołu Dżem - "Skazany na Bluesa". Porwanie się na ten projekt na pewno nie było decyzją prostą, gdyż Błoński musiał zaciągnąć duży kredyt zaufania u wszystkich fanów Dżemu i narazić się na ewentualny lincz w razie niepowodzenia. Pokazał Ryśka takim, jakim był - razem z jego wszystkimi słabościami i problemami. Ale zmierzył się również z jego legendą i niezmiernie ją uszanował, oddając mu w ten sposób hołd. Ja, pisząc te słowa, nie jestem już recenzentem, gdyż temat jest mi zbyt bliski, bym mógł go potraktować chłodnym okiem i po prostu wytknąć wszystkie błędy.

Równie trudne zadanie, co przed reżyserem, stanęło przed Tomaszem Kotem, który został odtwórcą głównej roli. Przygotowując się do tej roli, spędził przeszło dwa miesiące na rozmowach z narkomanami. Chodził ubrany, jak Rysiek, wyglądał, jak Rysiek, starał się być Ryśkiem. Efekt tego widzimy w filmie - ruchy na scenie dopracowane do perfekcji, dopasowane do aparycji oryginału i przywodzące na myśl koncerty "starego" Dżemu. Jedynym szczegółem, który rzucał się w oczy i sprawiał negatywne wrażenie, był brak dobrego zgrania podczas śpiewu, kiedy zamiast głosu Tomasza Kota, słyszeliśmy oryginalne nagrania Riedla. Na uznanie zasługuje również rola Jolanty Fraszyńskiej, wcielającej się w postać Gosi, żony Ryśka. Wspaniałym pomysłem było zaangażowanie przy produkcji filmu członków zespołu, którzy postanowili przeżyć swoją historię jeszcze raz. Obecny był nawet Maciej Balcar, aktualny wokalista zespołu, który stał się Indianerem - najbliższym przyjacielem Ryśka z lat młodości.

Oczywiście objęcie całej historii legendarnego muzyka w filmie trwającym zaledwie godzinę i czterdzieści minut nie było możliwe. Błoński zrezygnował z natłoku informacji i postanowił się skupić na kilku okresach - młodości (pokazywanej w retrospekcjach), początku kariery oraz końcu tejże. W całość zostały też wplecione nieliczne wizje narkotyczne, które przeżywał Riedel po zażyciu narkotyków.

Atutem filmu jest użycie oryginalnej ścieżki dźwiękowej oraz nagrań zrobionych na koncertach. Utwory były puszczane w dobrze dobranych momentach i podkreślały oraz ilustrowały muzycznie treść filmu. Bardzo mi doskwierał brak jednego z najbardziej znanych i, według mnie, najlepszych utworów - mianowicie "Wehikułu czasu", który zdecydowanie pasowałby do klimatu obrazu. Całe szczęście niedobór ten został nadrobiony przez obecność "Snu o Victorii", "Whiskey" i innych znanych utworów.

Jan Kidawa-Błoński zrobił filmową świeczkę, którą zapalił za tego, którego zabrał los. Film sam w sobie nie jest ideałem. Za to historia, którą opowiada, jest tym, co trzeba poznać, a teksty, które można w nim wysłuchać są tym, nad czym warto się zastanowić... W końcu śpiewał je człowiek, który chciał być wolny, jak ptak. Może mu się udało? Na swój własny sposób...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
KoZa
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)