Recenzja filmu Spectre (2015)
Sam Mendes

Widmo wybitności

Efekciarski filmowy trup, który z całych sił stara się udawać, że tkwi w nim jakieś życie.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Spectre (2015)
"Martwi są żywi". Chociaż sentencja otwierająca najnowszą odsłonę Bonda na dłuższą metę odnosi się do struktury fabularnej całego "Spectre", to prawdziwe spełnienie osiąga już w pierwszych minutach filmu, rozgrywających się podczas obchodów meksykańskiego Día de Muertos. Umieszczona przed początkowymi napisami scena jest bowiem tak spektakularna, że z miejsca można ją zaliczyć w poczet najbardziej pamiętnych momentów całej serii. Fantastyczne wprowadzenie głównego bohatera, imponująca praca kamery, kreatywne wykorzystanie zarówno samej lokacji, jak i przemierzającego ją tłumu - wszystko działa tu bezbłędnie oraz przywodzi na myśl legendarny początek "Dotyku zła" Orsona Wellesa. Trzy lata temu odpowiedzialny za obłędny wygląd "Skyfall" Roger Deakins zawiesił swoim następcom wizualną poprzeczkę bardzo wysoko. Zmieniający go na stołku operatorskim Hoyte van Hoytema w pierwszej scenie "Spectre" podnosi jednak rzuconą rękawicę i startuje strzałem z grubej rury, a jego kilkuminutowy majstersztyk redukuje późniejszą czołówkę do roli przerywnika dającego czas na zebranie szczęki z podłogi. 



I cóż, to by było na tyle. Kapitalna sekwencja zerowa jest właściwie wszystkim, co "Spectre" ma do zaoferowania. Oczywiście można się w nim doszukiwać szerokiego spektrum zalet: ładnych aut, ładnych sukienek, ładnych wnętrz, ładnych wybuchów i, rzecz jasna, ładnych pań - nie zapominajmy o ładnych paniach. Nie sugeruję wcale, że "Spectre" takowych plusów nie posiada. Pytanie tylko, czy w ogóle warto ich w tym filmie szukać. Najnowsza odsłona przygód Bonda stanowi bowiem kolejny dowód na to, że nic nie sprawia dzisiejszym blockbusterom tak wielkiego problemu, jak brak przyzwoitego scenariusza.

"Spectre" wpada w sidła dokładnie tej samej pułapki, która zdruzgotała już kilka tegorocznych widowisk, z "Jurassic World", "Terminator: Genisys" i "Czasem Ultrona" na czele. To koszmarnie napisane filmy, a ich scenariuszową słabość twórcy desperacko starają się zatuszować poprzez zmasowany ostrzał percepcji widza festiwalem atrakcji. Kompletnie demontuje to całą produkcję, ale sprawdza się jako zasłona dymna złożona z ciągu pojedynczych gagów i błyskotek. W tym przypadku rozpacz była tak wielka, że pobito nawet rekord Guinnessa, jeśli chodzi o największą eksplozję przeprowadzoną na planie filmowym. Warto jednak uważnie przyjrzeć się kłębom dymu powstałym po wybuchu i zobaczyć, co się za nimi kryje.

Weźmy na warsztat "Casino Royale" - pierwszego Bonda z udziałem Daniela Craiga, dziś słusznie nazywanego jedną z najlepszych produkcji z agentem 007 w roli głównej. Jeśli na początku filmu raczono nas bombastycznymi scenami akcji, wszystkie były trafnie wrzucone w przebieg historii. Na wyżyny "Casino Royale" wspięło się jednak dopiero wtedy, gdy w drugiej połowie starało się budować napięcie nie za pomocą kolejnych pościgów i eksplozji, ale dzięki umiejętnemu poprowadzeniu pokerowej rozgrywki, która stanowiła oś całej fabuły. Dodatkowo dochodził do tego chyba najbardziej udany - bo najsilniej rozbudowany i najlepiej zagrany - wątek miłosny w dziejach całej serii.

W przypadku "Skyfall" główna intryga nie należy może do największych osiągnięć kina szpiegowskiego, ale siłą tego filmu, pomijając absolutnie oszałamiającą oprawę wizualną, było jeszcze mocniejsze względem "Casino Royale" przeniesienie ciężaru historii na rozwój postaci, ze szczególnym uwzględnieniem młodości Bonda oraz jego relacji z M.


"Spectre" z kolei stara się funkcjonować jako podsumowanie wszystkich filmów z udziałem Daniela Craiga. "Casino Royale" było swego rodzaju restartem serii i wszystkie nakręcone po nim części prezentowały w miarę sensowną ciągłość fabularną. Można w związku z tym założyć, że rozgrywają się w tym samym uniwersum, o czym samo "Spectre" zresztą gorączkowo przekonuje, serwując przy tym absurdalny zwrot fabularny. Wiadomo było, że właśnie w tej części pojawi się geniusz zła stojący za tytułową organizacją, z której mackami Sean Connery mierzył się jeszcze w latach 60. Nie jest też zaskoczeniem, że Blofeld okazał się być źródłem wszelkich przykrości nękających Bonda. Niemniej to nie pomysł na ten wątek stanowi problem, tylko jego marna egzekucja. W najnowszej odsłonie serii okazuje się bowiem, że Craigowski Bond nieustannie walczył ze swoim... przybranym bratem.

Jak pamiętamy ze "Skyfall", Bond swego czasu został sierotą. Tutaj dowiadujemy się, że przyszły agent 007 trafił do domu rodzinnego Blofelda, który w przypływie zazdrości o przygarniętego Jamesa zabił własnego ojca. Upozorował też swoją śmierć, a później stanął na czele zbrodniczej organizacji i w pewnym momencie postanowił nękać przyrodniego brata w ramach zemsty. Wszystko to, jakkolwiek już samo w sobie kosmicznie naciągane, jest w filmie sprzedane totalnie beznamiętnie, za pomocą paru drętwych dialogów, a wcielający się w przeciwnika Bonda Christoph Waltz wcale nie pomaga, bo znów nieznośnie parodiuje własną rolę z "Bękartów wojny". Blofeld stoi za każdą przykrością w zawodowym życiu Jamesa, a teraz ma co do niego wielki plan. Zupełnie niedorzeczny, choć z pewnością do jego skutecznych elementów należy torturowanie za pomocą nużących monologów. Koniec, panie i panowie, przechodzimy do następnej sceny akcji, by otumanić tych widzów, którzy z jakichś niewytłumaczalnych powodów zaczęli dumać nad trudnym do zgłębienia sensem tego, co właśnie oglądają.

Podobnych tanich zagrywek i pisanych na kolanie absurdów jest w "Spectre" pełno, a prawdziwe mistrzostwo w tej materii osiąga pozbawiony jakiejkolwiek chemii wątek miłosny, który co chwilę nawiązuje do związku Bonda i Vesper z "Casino Royale". W obu filmach panie stają się dla agenta 007 kimś więcej i sprawiają, że szpieg zaczyna się wahać nad sensem dalszej pracy dla brytyjskiego wywiadu. W "Casino Royale" zadziałało to perfekcyjnie, bo dostało odpowiednią ilość czasu ekranowego. Tutaj jest go zdecydowanie mniej, a Léa Seydoux wydaje się być w swojej roli nieco zagubiona - może za sprawą codziennego widoku Daniela Craiga, ewidentnie znudzonego obecnością na planie.  

Wobec tego śmiesznie wypada moment, w którym z ust Madeleine pada płomienne miłosne wyznanie, choć i tak dopiero zupełnie niewiarygodny, kiczowaty do cna finał wbija gwóźdź do scenariuszowej trumny, jaką jest "Spectre". Jeśli ktoś narzekał na zwieńczenie trylogii "Mrocznego Rycerza", tutaj zapewne schowa się pod kinowy fotel i zasłoni oczy, by dzięki temu powstrzymać poczucie narastającej żenady.


Celowo pomijałem do tej pory "Quantum of Solace" - film słusznie uważany za niewypał, ale posiadający przynajmniej w miarę spójny charakter. "Spectre" nie ma nawet własnej tożsamości - ani fabularnej, ani wizualnej. O ile w jego chaotycznej strukturze narracyjnej od biedy można jeszcze dostrzec żonglowanie motywem powrotu z zaświatów, o tyle pod względem oprawy plastycznej najnowsza część serii pozostaje zupełnie anonimowa. To ciężkostrawny kogel-mogel wszystkiego; filmowa papka, która najprostszymi środkami próbuje połączyć realistyczną poetykę Craigowskich Bondów z uśmierconą kilka lat temu, przerysowaną poetyką Bondów wcześniejszych.   

Co z tego, że otrzymujemy milion nawiązań do poprzednich części i jeszcze więcej żarcików, skoro spójności, sensu, a zwłaszcza dramaturgii nie ma w tym za grosz? Wbrew pozytywnym głosom na temat powrotu agenta 007 do korzeni będę się upierał, że zaprezentowane w tym filmie podejście cofa serię do ery skostniałego betonu, który dzisiaj nie ma już w kinach racji bytu. Swoją początkową maksymę "Spectre" traktuje więc ostatecznie dość przewrotnie. To bowiem nic innego jak efekciarski filmowy trup, który z całych sił stara się udawać, że tkwi w nim jakieś życie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (162 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie