Recenzja filmu Król rozrywki (2017)
Michael Gracey

Witajcie w krainie marzeń!

Wszystko nasycone jest barwami, jakich nie zobaczy się podczas codziennej, szarej egzystencji. Bohaterowie mogą być zdeformowani, ale jednocześnie wyglądają tak olśniewająco, że nie można od nich ...
Filmweb sp. z o.o.
W Stanach Zjednoczonych P.T. Barnum jest postacią na poły mityczną. Stworzył rozrywkę dla prostego ludu, która stała się główną amerykańską atrakcją aż do czasu rozpowszechnienia się kina. Jednak "Król rozrywki" nie jest kolejną biografią Wielkiej Jednostki. Fakty z jego życia potraktowane są pobieżnie, stanowiąc jedynie pretekst. Twórcom widowiska chodziło raczej o złożenie hołdu idei, którą rozpropagował Barnum.

photo.title

"Król rozrywki" jest bowiem arcydziełem kiczu. To apoteoza tandetnej rozrywki, w której celebruje się bezguście i karmi najniższe ludzkie instynkty. Tu króluje brokat i cekiny. Każdy element jest przejaskrawiony. Wszystko nasycone jest barwami, jakich nie zobaczy się podczas codziennej, szarej egzystencji. Bohaterowie mogą być zdeformowani, ale jednocześnie wyglądają tak olśniewająco, że nie można od nich oderwać wzroku. Postaci filmu wyglądają, jakby pochodziły z którejś z baśniowych sesji Annie Leibovitz.

photo.title

Mający niewielkie reżyserskie doświadczenie Michael Gracey jest wierny Barnumowi i pokazuje, że wulgarna rozrywka jest piękna. W filmie jest ona synonimem magii, radości, wolności. I jak przystało na dzieło kiczowate, ową myśl wykłada przy użyciu topornych metafor. Niemal każda piosenka mówi właśnie o tym. Mamy też krytyka, który z pogardą ocenia przedsięwzięcie Barnuma. Widzimy snobistyczne elity, które we własnym mniemaniu wiedzą lepiej, co jest sztuką a co nią nie jest. Ale twórcy, podobnie jak bohaterowie filmu, nie dają się stłamsić i otwierają podwoje do kolorowego, fantastycznego świata. W nim wszystko jest iluzją, ale cóż z tego, skoro bawią, wzruszają i czarują. Symbolem takiego podejścia jest postać Jenny Lind. W filmie gra ją Rebecca Ferguson. Kiedy jednak Lind staje na scenie i zaczyna śpiewać "Never Enough", to nie głos aktorki słyszymy, lecz Loren Allred. I nie ma to żadnego znaczenia, gdyż po prostu jest to wspaniała scena, zaś wykonanie Allred zwala z nóg. Spokojnie można uznać "Never Enough" za hymn całego tego widowiska. Na co komu wysublimowana sztuka, kiedy alternatywa jest tak zachwycająca.

photo.title

A przecież śpiewany przez Allred utwór to tylko jedna z dziesięciu kompozycji, jakie specjalnie na potrzeby filmu napisał duet Benj Pasek i Justin Paul. I wszystkie zostały równie wspaniale wykonane przez bezbłędnie dobraną obsadę. Czy jest to Hugh Jackman, Michelle Williams, Keala Settle, Zac Efron i Zendaya, czy też dziecięca obsada - wszyscy zachwycają głosami godnymi chórów anielskich. A na tym nie koniec. Każdy utwór został bowiem ubrany w wizualne arcydzieła, które mają czarować i hipnotyzować. 

photo.title

Michael Gracey, któremu pomocą służyli Bill Condon (reżyser "Pięknej i Bestii", tu współscenarzysta) i James Mangold (reżyser "Logana", tu producent wykonawczy i współautor dokrętek), zabiera nas do świata marzeń. I jeśli tylko przyjmiecie jego zaproszenie z otwartymi sercami, czeka Was niezapomniana przygoda. To zdecydowanie najlepszy musical od czasu nieodżałowanego serialu "Galavant".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (146 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny