Recenzja filmu Doktor Strange (2016)
Scott Derrickson
Waldemar Modestowicz

Wizualny rollercoaster

Do kotła z bulgoczącą filmową zupą o tytule "Doktor Strange" dodano esencję z "Incepcji", całość doprawiono szczyptą "Przerażaczy" i podano na tacy z komiksową polewą (...). Przy obecnej dobrej ...
Filmweb sp. z o.o.
Doktor Strange to rzekomo jeden z najpotężniejszych herosów w dziejach komiksowego uniwersum. Zdolność do manipulowania czasem i przestrzenią wedle własnego "widzimisię" czyni z niepozornego chirurga prawdziwego władcę wszechświata. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, iż pomysł na ekranizację perypetii lekarza przeleżał na półce parę dekad. Co prawda w latach 90. na przeszkodzie w realizacji filmu stanąć mogły ograniczenia techniczne, tym niemniej w nowym millenium efekty specjalne w końcu doścignęły fantazję twórców papierowych zeszytów. Wśród zalewu produkcji o Hulkach, Thorach czy innych Iron Manach ze świecą było szukać przygód Dra Strange'a... aż do dziś. W końcu włodarze Marvela wyczuli potencjał w bohaterze i postanowili zainwestować sporo grosza (centa?) w przeniesienie komiksowego pierwowzoru na srebrny ekran. Bez owijania w bawełnę – warto było czekać.


Dr Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) to szanowany chirurg o niezwykłych zdolnościach. Umiejętność koncentracji i niespotykana precyzja pozwalają lekarzowi ratować setki istnień. Niestety, pewnego dnia Strange ulega paskudnemu wypadkowi samochodowemu. Po przebudzeniu w szpitalnym łóżku jego oczom ukazuje się widok niczym z sennego koszmaru. Dłonie Stephena, jego narzędzie pracy, są nieodwracalnie uszkodzone. Po niezliczonych chirurgicznych zabiegach zdesperowany mężczyzna postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyruszyć w podróż do dalekich zakątków globu. Były lekarz ma nadzieję, iż pod okiem tajemniczej "Przedwiecznej" (Tilda Swinton) uda mu się odzyskać sprawność ruchową. Strange nie zdaje sobie jednak sprawy, iż zostanie wciągnięty w rozgrywkę o przyszłość ludzkości, której zagraża demoniczny Kaecilius (Mads Mikkelsen)...


Wydawać by się mogło, iż kinowy rynek nasycił się już produkcjami sygnowanymi przez Marvela. Cóż bowiem mógłby zaoferować obraz o pojedynczym herosie w dobie epickich dzieł pękających w szwach od ilości bohaterów obecnych na ekranie (vide: ostatni "Kapitan Ameryka")? Jak się okazuje, oryginalne (w obrębie gatunku) podejście do tematu i potencjał historii traktującej o początkach maga stanowią solidny budulec nowej franczyzy. O ile twórcy filmu zachowawczo oparli się na prawidłach rządzących komiksowymi widowiskami, tak przywiązanie do detali i fantazyjne wizje zalewające ekran sprawiają, iż "Doktor Strange" wyróżnia się z tłumu.


Tradycyjnie już dla Marvela, ich nowe dzieło stanowi mieszankę pompatycznego nastroju z  humorystycznymi wstawkami. Tym razem jednak nie powielono schematu z "Ant-Mana", który to tytuł wyraźnie stawiał na element komediowy. "Doktor Strange" jest bardziej wyważony i spójny, mimo to w trakcie seansu publiczność regularnie ma okazję buchnąć śmiechem przy zgryźliwych tekstach chirurga. Pomimo lżejszego tonu wkradającego się w narrację, film dobrze dozuje dramatyzm i wciąga snutą historią. Dobitnie czuć bezsilność protagonisty pozbawionego swego największego talentu przez złośliwość losu. Wszak stalowe pręty trzymające palce w ryzach to nie przelewki...


Do kotła z bulgoczącą filmową zupą o tytule "Doktor Strange" dodano esencję z "Incepcji", całość doprawiono szczyptą "Przerażaczy" i podano na tacy z marvelowską polewą. Manipulacja otoczeniem z miejsca przywodzi na myśl hit Nolana, co samo w sobie nie stanowi wady. Filmowy recycling ma rację bytu wtedy, gdy z protoplasty czerpie się jedynie inspirację, nie zaś bezczelnie kopiuje elementy. "Doktor Strange" wypada z kolei w aspekcie wizualnych cudów na tyle imponująco, iż powierzchowne podobieństwo do przeboju z DiCaprio można produkcji wybaczyć. Stacje komputerowe grafików musiały być chyba chłodzone ciekłym azotem, gdyż spektakularne załamania rzeczywistości przepełniające seans pewnikiem wycisnęły siódme poty z procesorów. Budynki przemieszczające się w wertykalnie i horyzontalnie to pikuś przy załamywanych ulicach, wijących się drogach i płynnie modyfikowanym środku ciężkości. Do wspomnianych fajerwerków wystarczy dodać zabawy czasem z komicznie cofającymi się bohaterami i rewelacyjnie oddane pękanie obrazu niczym w rozbitym kalejdoskopie, by uzyskać pełnię wizualnego piękna filmu.


Osobiście wolę, gdy historie o superbohaterach czerpią bardziej z "science" niż "fiction". Bez popitki łykam fantazyjne fabuły o herosach tak długo, gdy pochodzenie nadprzyrodzonych mocy jest zakorzenione w szeroko rozumianej nauce. Działanie radioaktywnych promieni, ukąszenie pająka czy eksperymenty genetyczne przemawiają do mnie dobitniej niż mistycyzm i spirytualne zagrywki. Tym niemniej duchowa otoczka, w którą upakowany został "Doktor Strange" jest na tyle klarowna i fascynującą, iż nie gryzie się z realistycznymi (w dużym cudzysłowie) konwencjami filmów o bardziej przyziemnych nadludziach. Motywy wychodzenia z ciała jak żyw przywodzą na myśl niedocenionych "Przerażaczy" Petera Jacksona; co więcej, duchowe moce również stanowią źródło komizmu w paru sytuacjach (patrz: scena w szpitalu).


Obsadę blockbustera dobrano z wyczuciem, idealnie balansując postać aroganckiego i pyszałkowatego chirurga ze stonowanym Kaeciliusem. Benedict Cumberbatch, jak na profesjonalistę przystało, świetnie wyczuł konwencję filmu. W luźniejszych momentach jego teksty faktycznie bawią, w poważniejszych sekwencjach z kolei aktor udanie oddaje sprzeczne uczucia targające jego bohaterem. Miłą niespodzianką dla fanów kina jest również angaż Mikkelsena. Najwyraźniej Hollywood zachłysnęło się charyzmatycznym Duńczykiem, raz po raz dając artyście szanse na występy w dużych projektach. Bardzo dobrze, że Mikkelsen ma swoje 5 minut w światku filmowym. Charakterystyczny chłód bijący od gwiazdora niemalże z automatu dodaje głębi każdej kreacji. Kaecilius nie musi często otwierać ust, jego posępny wygląd mówi bowiem za niego. Zgodnie z niepisaną regułą Marvela, w drugoplanowych rolach aż roi się od znanych nazwisk. Tilda Swinton, Chiwetel Ejiofor oraz Rachel McAdams dobrze uzupełniają solidną obsadę.

photo.title

Szkoda jedynie, że jazda bez trzymanki, jaką serwuje "Doktor Strange", pod koniec filmu przemienia się odrobinę w szaleńczy zjazd zakończony wypadkiem wagoniku. Być może taka obserwacja wynika z osobistych preferencji, jednak końcowy chaos wypełniony po brzegi CGI pachnie starciami z niesławnej "Zielonej latarni", w których dzielny bohater z pierścieniem wyczarowywał coraz bardziej absurdalne konstrukcje (karabin maszynowy, tor wyścigowy... dajcie spokój). Twórcy troszeczkę zachłysnęli się możliwościami oferowanymi przez efekty komputerowe, na szczęście nagromadzenie widowiskowych scen nie służy przysłonięciu mankamentów fabularnych.


Przy obecnej dobrej passie Marvela, ryzyko wpadki z "Doktorem Strangem" było minimalne. Na szczęście dla kinomanów i fanów bohatera, wytwórnia podeszła do zadania z sercem i pomysłowością, co procentuje na ekranie. Cieszy dbałość o szczegóły (klimatyczna biblioteka ze starymi księgami), poparta wizjonerskimi efektami i pełnokrwistą fabułą z komediowym zacięciem. Sporadyczny chaos powodujący zawrót głowy potraktować można jako frycowe, które zostało spłacone co do joty. Bardzo solidny tytuł, godny polecenia nawet osobom mocno stąpającym po ziemi.

Ogółem: 8=/10

W telegraficznym skrócie: Kolejny strzał Marvela trafiający w środek tarczy; efekty specjalne a la "Incepcja" + motywy astralne niczym z "Przerażaczy"; udana historia wprowadzająca do uniwersum jednego z najpotężniejszych bohaterów; dramatyzm i napięcie rozładowują zabawne wstawki; brawa dla Cumberbatcha i zimnego jak głaz Mikkelsena.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (84 głosy).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie