Recenzja filmu Rękopisy nie płoną (2013)
Mohammad Rasoulof

Woland z Teheranu

Twórcy filmu zabierają nas do Iranu, jakiego nie znamy. Nie zobaczymy tu teherańskich zabytków ani imponujących pejzaży. Iran, który pokazuje Rasoulof, spowity jest w mgielnych szarościach, ...
Filmweb sp. z o.o.
W znakomitych "Rękopisach..." Mohammad Rasoulof odziera zło z tajemnicy i pokazuje przemoc jako systemową normę obowiązującą w totalitarnym reżimie. Jego opowieść o współczesnym Iranie przeraża. Nie tylko dlatego, że pełna jest brutalności, lecz dlatego, że mówi o powszechności zła. 


Reżyser "Rękopisy nie płoną" (nawiązujących do Bułhakowskiego "Mistrza i Małgorzaty")  nieśpiesznie wprowadza nas do filmowego świata. Kamera podąża za bohaterami, a my stajemy się współuczestnikami beznamiętnego spektaklu. "Facet jest w bagażniku. Poczekajcie do trzeciej, jeśli nie będzie telefonu, załatwcie go" – mówi szef do dwójki egzekutorów. Khosrow i Morteza w przydrożnym sklepie kupują więc grubą linę (biorąc na nią fakturę), po czym ruszają, by zabić przewożonego w bagażniku opozycjonistę. W ich działaniach nie ma pośpiechu. Przemoc u Rasoulofa nie jest akcydentalna ani efektowna, lecz zaplanowana i zwyczajna. Dwójka oprawców ani przez chwilę nie przeżywa moralnych wątpliwości. Zanim wykonają zadanie, zjedzą obiad w przydrożnym barze i będą toczyć rozmowy o Bogu, chorobie dziecka i finansowych problemach.

Twórca "Pożegnania" subtelną kreską rysuje portrety pozytywnych i negatywnych bohaterów. Uczłowiecza zło. Już w pierwszych scenach dowiadujemy się o chorobie syna Khosrowa i jego innych osobistych dramatach. Filmowi oprawcy nie są demonami, lecz zwyczajnymi ludźmi. Gdy w finałowej scenie jeden z nich wchodzi w uliczny tłum, natychmiast się w niego wtapia. Bo Rasoulof opowiada o powszechności zła, o systemie, który łamie kręgosłupy, zacierając moralne granice.

Rasoulof nadaje swemu filmowi eliptyczną strukturę. Historie opozycyjnych pisarzy i pracowników służb bezpieczeństwa z czasem splatają się w całość. Z sekwencji na sekwencję gęstnieje atmosfera, a wokół bohaterów zaciska się niewidzialna pętla. Także film irańskiego twórcy z minuty na minutę staje się coraz cięższy, a końcowe sekwencje domykają narracyjną pętlę. "Rękopisy..." zostawiają widza z poczuciem osaczenia, dając maleńki przedsmak dramatu, który jest codziennością mieszkańców Teheranu.


Twórcy filmu zabierają nas do Iranu, jakiego nie znamy. Nie zobaczymy tu teherańskich zabytków ani imponujących pejzaży. Iran, który pokazuje Rasoulof, spowity jest w mgielnych szarościach, rozmyty, niewyraźny i brudny. To nie wyobrażona przestrzeń, lecz konkretny świat, w którym żyje także reżyser filmu. Opowiadając o zniewoleniu i miażdżącej sile totalitarnego systemu, reżyser sam znalazł się bowiem na jego celowniku. Już w 2010 Rasoulof otrzymał od władz 20-letni zakaz kręcenia filmów. Zrealizowane nielegalnie "Rękopisy..." zostały w Iranie zakazane, a reżyserowi odebrano paszport (odzyskał go dzięki międzynarodowej akcji poparcia). Nic więc dziwnego, że dla ochrony pozostałych członków ekipy, w jego nowym filmie zrezygnowano z napisów końcowych. Czarna plansza z oświadczeniem reżysera, która pojawia się w ich miejsce, jest najlepszą puentą, jaką mógł otrzymać obraz Rasoulofa. Bo "Rękopisy..." to film pisany strachem i krwią, na wskroś prawdziwy i bolesny. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)