Recenzja filmu Wszystko za życie (2007)
Sean Penn

Wszystko za życie, życie za marzenia

Historia we "Wszystko za życie" opowiada o Chrisie McCandlessie (Emile Hirsch), świetnie zapowiadającym się młodzieńcu z "dobrego domu". Bohater właśnie skończył liceum i wybiera się na Harvard ...
Filmweb sp. z o.o.
Historia we "Wszystko za życie" opowiada o Chrisie McCandlessie (Emile Hirsch), świetnie zapowiadającym się młodzieńcu z "dobrego domu". Bohater właśnie skończył liceum i wybiera się na Harvard studiować prawo. Ma swoje oszczędności, również dumni z syna rodzice są chętni żeby wspierać go finansowo. Właśnie takie życie wymarzyli sobie dla pierworodnego. Jednak dzięki inwersji czasowej wiemy, że Chris ma zupełnie inne plany niż wpasowanie się do tego świata pozorów i robienia tego, czego oczekują od niego inni.

Od początku niezwykle spodobał mi się pomysł na życie głównego bohatera. Porzucenie całego materialnego świata. Rzeczy. Społeczeństwa. Wszelkich narzucanych form, czy gombrowiczowskiego robienia sobie gąb. Po co? Żeby odnaleźć prawdziwego siebie. Żeby sprawdzić, kim naprawdę się jest "bez telefonu, bez basenu, bez zwierzaka czy papierosów". Myślę, że każdy gdzieś w głębi serca marzy o takiej ucieczce w dzicz. Dlatego od razu zaczęłam się utożsamiać z głównym bohaterem. Nawet mu zazdrościłam, że znalazł w sobie odwagę na coś takiego.

I tak obserwowałam jego podróż, z uczuciem podziwu i lekkiej zazdrości. Podziwiałam niezwykłe widoki. Razem z nim poznawałam napotkanych przypadkowo ludzi. Widziałam, jak mocno na nich wpływał, mimo że to były tylko przelotne znajomości. Wnosił coś w życie każdej napotkanej osoby, a potem znikał wciąż dążąc za marzeniem – zaszyciem się samotnie w dziczy, na Alasce.

Film płynął sobie przed moimi oczami, które nie zawsze mogły się na nim skupić. Było wiele momentów, kiedy myślami zupełnie się od niego odrywałam, a gdy wracałam, okazywało się, że wcale dużo nie straciłam. Co jakiś czas patrzyłam, ile zostało czasu do końca. Parę razy chciałam go przerwać i "skończyć kiedy indziej". Jednak coś mnie trzymało, coś mi mówiło, że warto poznać te historię do końca. I nie myliłam się. Powiem tyle: rzadko zdarza mi się płakać. Na filmach wcale. Lecz gdy tutaj łzy popłynęły, nie przestały nawet po obejrzeniu całych napisów końcowych, wyłączeniu komputera i sięgnięciu po książkę.

SPOILER* Dlaczego? Ponieważ bohater znalazł to, czego chyba wcale nie szukał. Od początku chciał odnaleźć prawdziwego siebie – czy mu się to udało? Nie wiem. Jednak po tym wszystkim, co przeżył, po tak długim czasie w samotności, w dziczy zdał sobie sprawę, jaka jest prawdziwa recepta na szczęście: Hapiness is real when shared. (Prawdziwe szczęście jest wtedy, gdy się nim dzielisz). Paradoksalnie, wszystko do czego dążył, wszystkie przygotowania, wyrzeczenia, jego marzenie o zaszyciu się samotnie w dziczy były tego całkowitym przeciwieństwem. Umarł tak naprawdę dlatego, że był sam. Umarł ze świadomością tego, że jest to najgorsza śmierć, jaką można umrzeć – w samotności. Moje uczucia spotęgowała informacja, która pojawiła się na koniec filmu, a o której wcześniej nie miałam pojęcia – że jest to historia oparta na faktach.*

Sean Penn udowodnił, że nie tylko jest rewelacyjnym aktorem, ale również sprawdza się w roli reżysera. Stworzył niezwykle plastyczny, liryczny film o człowieku. Mimo że momentami możemy czuć się znudzeni, jest to historia bardzo dobrze zrealizowana, warta obejrzenia. Nie jest to film dla każdego. Polecam go szczególnie tym wrażliwszym widzom.

Skupiłam się tutaj na jednym, najważniejszym według mnie przesłaniu. Lecz obraz ten jest pełen niuansów. Oglądając go, trzeba być cierpliwym i skupionym, wychwytywać sens z każdej sceny, z każdego dialogu czy nawet piosenek lecących w tle.

Jak wcześniej wspominałam, czytałam różne opinie na temat tego filmu. Niektórzy twierdzili, że jest to film o młodzieńczym buncie czy wręcz o głupocie. Albo o tym, że idealizujemy nasze marzenia i realizując je, zderzamy się z rzeczywistością. W moim odczuciu ta historia mówi o tym, że nie zawsze to, o czym marzymy jest tym, czego naprawdę potrzebujemy.

Na początku filmu byłam entuzjastycznie nastawiona do takiej wyprawy "w dzicz". Jednak po niemal dwóch i pół godzinie mój entuzjazm zgasł, myślę, że bezpowrotnie. To właśnie posiada bardzo dobry film – daje do myślenia, wzbudza emocje i nie daje o sobie zapomnieć na długi czas.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (155 głosów).
agulinek92
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie