Recenzja gry Serial Cleaner (2017)

Wyczyścić cały świat

"Serial Cleaner", gra krakowskiego studia iFun4All, trafiła na Nintendo Switch. To idealna produkcja na tę platformę, choć nie jest pozbawiona swoich problemów.
Filmweb sp. z o.o.
Nasz główny bohater, Bob C. Leaner, to profesjonalny czyściciel, ktoś na kształt Mr Kaplana z serialu "Czarna lista". Ot, przyjeżdża na miejsce jakiejś strzelaniny czy zbrodni, a następnie zajmuje się profesjonalnie ukryciem wszelkich dowodów. Ściera plamy krwi, ukrywa ciała i zabiera dowody z miejsca zbrodni. Pomiędzy misjami poznajemy migawki z życia Leanera oraz jego matki, z którą mieszka. To w zasadzie jedyne wstawki fabularne, bo historia w tej grze nie jest najważniejsza. Oczywiście jakąś tam fabułę mamy w pakiecie, i to nawet taką, która rozwija się wraz z postępami w grze, ale zdecydowanie nie jest to najważniejszy element "Serial Cleanera". Tym jest bowiem czysta rozgrywka.


Za każdym razem, gdy przybywamy na jakieś miejsce zbrodni, mamy kilka celów do wykonania. To starcie odpowiedniej ilości krwi z podłóg, ukrycie kilku ciał oraz odnalezienie przedmiotów, które nie mogą pozostać na miejscu zbrodni. Zabawa jednak do prostych nie należy, bowiem na miejscu znajdują się już służby porządkowe w postaci policjantów patrolujących teren. Musimy więc sprawnie omijać gliniarzy, chować się w różnych szafach czy skrzynkach i przemykać za plecami funkcjonariuszy z czarnym workiem na ramieniu. 


Etapy zaprojektowane są bardzo dobrze. Nie są za duże ani za małe, a każdy to w gruncie rzeczy pewien skomplikowany mechanizm, którego zasady musimy poznać, zanim zabierzemy się do roboty. Co więcej, poza standardowymi zleceniami od czasu do czasu odnajdziemy też taśmy filmowe, dzięki którym rozegramy poziomy inspirowane różnymi dziełami kinowej popkultury. To wszystko składa się na całkiem niezły przebieg gry, zwłaszcza że każdy etap będziemy powtarzać przynajmniej kilkanaście razy. I to niestety jest już powód do narzekań.


Paradoksalnie najbardziej idiotycznym pomysłem w "Serial Cleanerze" jest losowość trupów oraz rzeczy, które musimy zabrać z miejsca zbrodni. Dlaczego? To proste. W przypadku gier, które mają stosunkowo krótkie, intensywne misje, a przy tym wysoki poziom trudności, konieczne staje się powtarzanie danego etapu. Tak jak np. w "Hotline Miami" wciąż robimy to samo, by cyzelować swój wynik i sprawniej przechodzić daną planszę. "Serial Cleaner" przez wprowadzenie elementu losowości, który miałby stanowić zaletę, tak naprawdę sprawia, że nie jesteśmy w stanie nauczyć się danego poziomu tak, by w końcu przejść go śpiewająco. Wszystko nadal będzie zależeć od żelaznej cierpliwości i szczęścia – istotne jest na przykład, by policjant akurat nie odwróci się w naszą stronę.


Losowość to największa wada tej produkcji i źródło potwornej frustracji. Choć poszczególne sesje z "Serial Cleanerem" są stosunkowo krótkie, bo każda misja to raptem kilka ekranów, nierzadko musimy wykonać na raz sporo czynności, a tyle samo rzeczy nam w tym przeszkadza. I wystarczy jeden, najmniejszy błąd, byśmy zabawę zaczynali od nowa. Nie ma tu żadnej taryfy ulgowej, żadnych punktów. To dość zrozumiała decyzja projektancka, gdyż etapy są dość krótkie. Nie oznacza to jednak, że szlag nas nie trafia, gdy po wytarciu całej krwi, znalezieniu fantów oraz odniesieniu dwóch ciał do samochodu, przy trzecim akurat łapie nas policjant i musimy zaczynać wszystko od nowa. Wtedy "Serial Cleaner" przestaje być zabawą, a staje się powodem rzucenia konsolą o ścianę. Po części jest to też związane z faktem biegania po planszy po kilka razy tymi samymi ścieżkami. Otóż nasz bohater może naraz przenieść jedno ciało, więc jeśli są trzy, musi wykonać trzy kursy do samochodu i z powrotem. Do tego dochodzi ścieranie plam krwi oraz znajdowanie przeróżnych fantów rozsianych po planszy. W efekcie etap jest sztucznie wydłużany, a jak wspomniałem, jeden błąd wystarczy, by zaczynać wszystko od nowa.


A jednak jest w "Serial Cleanerze" coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Choć przegrywamy raz po raz, choć mielemy pod nosem przepotężne bluzgi, gramy dalej. Niebagatelny wpływ ma na to natychmiastowe wrzucenie nas w dany poziom zaraz po tym, gdy go zawalimy. Nie ma żadnych ekranów ładowania, żadnego oczekiwania na kolejną próbę. Mała rzecz, a zmienia wiele. Do tego dochodzi funkowa estetyka, inspirowana latami 70., w których zresztą rozgrywa się akcja "Serial Cleanera". Ale nie chodzi tylko o wizualny aspekt gry. Opatrzona jest też ona specyficzną i bardzo dobrą ścieżką dźwiękową, co w przypadku małych gier indie nie jest wcale takie oczywiste.

Czy warto zagrać w "Serial Cleanera"? Ogólnie tak, zabawy będzie sporo. A w wersji na Switcha, którego możemy zabrać ze sobą wszędzie, jak zawsze będzie jej jeszcze więcej. Na korzyść przemawia także stosunkowo niska cena tej, było nie było, rodzimej produkcji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Joachim Snoch
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra