Recenzja filmu W imię... (2013)
Małgorzata Szumowska

Adam jest przystojnym, wysportowanym czterdziestolatkiem; ubiera się w markowe ubrania, ma drogie auto i porządny laptop. Cechuje go duża inteligencja, charyzma i cierpliwość, czemu zawdzięcza ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa W imię... (2013)
Adam jest przystojnym, wysportowanym czterdziestolatkiem; ubiera się w markowe ubrania, ma drogie auto i porządny laptop. Cechuje go duża inteligencja, charyzma i cierpliwość, czemu zawdzięcza posłuch wśród chłopców z ogniska wychowawczego, których ma pod swoją opieką. Zauroczona jest nim piękna mężatka Ewa, ale mężczyzna odrzuca jej zaloty z powodu, który widzowi wydaje się początkowo jasny: Adam jest księdzem, służy Bogu i jak sam mówi: "Jest już zajęty". Ale oprócz tego, bohater jest gejem i co więcej zaczyna interesować się jednym z miejscowych chłopców, dziwakiem o przezwisku Dynia. Zanim jednak Adam przyzna sam przed sobą, że nie o pomoc młodemu mężczyźnie mu chodzi, będzie musiał poradzić sobie z innymi problemami i dojść do ładu z własnym sumieniem.

Małgośka Szumowska (bo tak właśnie figuruje w napisach, co moim zdaniem podkreśla jej zdystansowany stosunek do kina w Polsce: Małgorzacie bowiem nie przystoi kręcić filmu o księdzu-homoseksualiście w kraju słuchaczy Radia Maryja; Małgośka zaś może to zrobić i robi) za tło swojej historii obiera wieś, o której wiemy, że na pewno nie leży w pobliżu Warszawy. To stamtąd został przeniesiony ksiądz Adam i chociaż chłopcy z ogniska widzą w tym "zesłaniu" karę, bohater zdaje się być kontent z takiego obrotu sprawy. Szumowska pokazuje typową wiejską biedę, rolnicze krajobrazy i malownicze lasy (świetne zdjęcia Michała Englerta), zestawiając je ze swoimi bohaterami w koszulkach rodem zza oceanu (Adam nosi na piersi "Illinois", jego przyjaciel Michał – napis "Coca-Cola"), co świetnie podkreśla charakter miejsca, do którego trafił ksiądz: oto koniec świata, a już na pewno Polski. Nikt na takiej głuchej prowincji nawet nie powinien słyszeć o problemach gejów, a jednak Adam nie jest jedynym homoseksualistą w filmie.

Reżyserka nie boi się poruszyć tematu pedofilii, który przecież jest bardzo na czasie w kraju nad Wisłą, ale robi to sprytnie: pijany Adam mówi siostrze, że nie jest żadnym pedofilem, tylko pedałem, nie podniecają go dzieci, tylko dorośli mężczyźni. Konserwatystów nie zaboli to jednak mniej: Adam i tak kocha "nie po bożemu". Film nie jest jednak antykatolicki, nikt nie atakuje tutaj Kościoła. Prawdą jest, że postawa biskupa, który zna poprzednie grzechy ojca Adama, a nie robi nic oprócz wyznaczenia bohaterowi kolejnej parafii do objęcia, jest bardzo wiarygodna i widz może dojść do wniosku, że Kościół pewne problemy zamiata jednak pod dywan. W jednym z najważniejszych dla filmu momentów bohater mówi, że jest chory. Chory, bo oto pragnie bliskości drugiego mężczyzny. Szumowska w odważnej scenie podsuwa Adamowi "lekarstwo", ale wcale nie pokazuje później, czy zadziałało i mu pomogło, czy wręcz przeciwnie.

Andrzej Chyra w roli głównej jest bardzo dobry: jako Adam jest wiarygodny, czy to w T-shircie i dresie do biegania, czy w sutannie wygłaszający z ambony kazanie. Sprawia wrażenie księdza bardzo nowoczesnego, księdza doby Internetu i modnych gadżetów od Apple'a, po prostu "xiędza". Szumowska świetnie rozpisała jego postać w scenariuszu: pierwsze sceny z jego udziałem wcale nie wskazują na to, że Adam jest duchownym. Reżyserka zabiegiem tym podkreśliła, że jest on przede wszystkim człowiekiem, mężczyzną, którego naturę kultura ubrała w ornat i postawiła przy ołtarzu nad Pismem Świętym. Adam jednak nie walczy z potrzebami własnego ciała (scena masturbacji w wannie) i ulega nałogom (scena pijackiego "tańca" z obrazem papieża). Jest jednak postacią, którą trudno jednoznacznie potępić, ale i ciężko bezwarunkowo polubić. Z drugiej strony, jaki ma być Adam i co ma zrobić, skoro Ewa ma męża? Szumowska bawi się nie tylko imionami bohaterów, sięga również po inne nacechowane religijnie motywy: bohater uczący pływać leżącego w jego ramionach Dynię przypomina Maryję podtrzymującą Jezusa (tym bardziej, że grający outsidera Mateusz Kościukiewicz, prywatnie mąż reżyserki, wygląda jak Jezus znany z kościelnych obrazów), samo wejście do wody ma oznaczać oczyszczenie, a wędrująca często wertykalnie kamera pokazuje niebo albo właśnie Niebo, gdzie Adam wypatruje Boga i skąd Bóg widzi jego postępki.

Nie można zaprzeczyć, że Szumowska nakręciła film ciekawy, ale czy faktycznie kontrowersyjny? Tak, ale tylko dlatego, że tutaj gejem jest ksiądz, bo sama produkcja mieści się w granicach dobrego smaku i tego, co pokazuje się w filmach LGBT bądź po prostu we współczesnych dramatach. Reżyserka opowiedziała wymyśloną przez siebie historię (ale na motywie zaczerpniętym z gazet) nieśpiesznie, nieco oszczędnie, jeśli chodzi o efekty dźwiękowe (brak muzyki w wielu ważnych scenach, a zamiast niej często wszechogarniająca cisza), prowadząc bohaterów z punktu A do punktu B, ale po drodze sprytnie odkrywając kolejne karty. Ostatnia scena jest jednak dziwnie oderwana od całości i na tyle niejasna, że to dopiero ona wymaga od widza głębszego zastanowienia się nad tym, co autorka miała na myśli.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).
Dai
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)