Recenzja filmu Lourdes (2009)
Jessica Hausner

Zaślepienie pragnieniami

"Lourdes"  jest dziełem uszkodzonym, wyrazem zbyt ambitnego umysłu twórczego. Ma jednak w sobie wystarczająco wiele potencjału emocjonalnego, by fani spokojnego kina kontemplacyjnego nie wyszli z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Lourdes (2009)
Czasami tak bardzo czegoś pragniemy, że nie zauważamy, co dzieje się wokół nas. Prawdę tę znakomicie ukazuje film Jessiki Hausner "Lourdes", i to nie tylko poprzez fabułę, ale również przez wykonanie i artystyczne wybory samej reżyserki.

Główną bohaterką "Lourdes" jest Christine. Kobieta bierze udział w zorganizowanej pielgrzymce do miejsca kultu maryjnego, gdzie wraz z innymi modlić się będzie o uzdrowienie. Christine porusza się na wózku inwalidzkim - nie może chodzić, ani nawet podnieść ręki. W Lourdes ma nadzieję na cud, i cudu tego doświadcza. Pewnego dnia wstaje na oczach wszystkich... Dzięki temu trafia w centrum zainteresowania, czyli tam, gdzie zawsze chciała być. Niestety, osiągnąć to mogła jedynie uciekając się do oszustwa. Tak bardzo stara się uniknąć samotności, że nie zauważa, co dzieje się dookoła. Za nic ma też marzenia, pragnienia i gorącą wiarę tych, którzy do Lourdes przybywają z całego świata. Jest ślepa na prawdę, którą ma na wyciągnięcie ręki.

Podobnie można określić i reżyserkę "Lourdes". Jessica Hausner tak bardzo stara się stworzyć film wybijający się ponad przeciętność, tak niewolniczo trzyma się wymyślonej konstrukcji, że pozostaje ślepa na zalążki arcydzieła. Film rozpoczyna się jako studium grupy pielgrzymów. Hausner przygląda się z boku zachowaniom tych, którzy przybywają w nadziei na cud, oraz tych, którzy opiekują się pielgrzymami. Przy okazji możemy poznać też logistykę związaną z przemysłem sakralnej turystyki. Hausner rejestruje z niezwykłą pieczołowitością zachowania różnych osób. Jej obserwacje niemal całkowicie pozbawione są interpretacji, są więc znakomitym pretekstem do zastanowienia się nad ludzkimi zachowaniami i motywacjami. Tę część filmu mogę bez żadnej przesady nazwać minimalistycznym arcydziełem. Potem jednak Hausner decyduje się na hollywoodzki wręcz zwrot akcji. I niestety, precyzyjna konstrukcja tego nie wytrzymuje. Reżyserka demaskuje siebie jako manipulatorkę, a film wybrzmiewa fałszywą nutą. Hausner okazuje się tak nieelastyczna, że dla swojego pierwotnego pomysłu jest w stanie poświęcić niemal wszystko. Na szczęście ostatnia scena jest na tyle mocna w swojej prostocie, że zaciera posmak żółci wywołany nagłą woltą.

Mocną stroną "Lourdes" są kreacje aktorskie, przede wszystkim osób drugiego planu. Choć fabuła koncentruje się na Christine granej przez Sylvie Testud, to jednak największy popis gry dała Elina Löwensohn jako niezmordowana siostra Cécile. Skupiona, prawdziwa, reprezentuje wszystko to, co kryje się za ideą pielgrzymek do miejsc kultu: niezmąconą wiarę, niewyczerpaną energię niesienia pomocy, żar nadziei, ale i gorzkie rozczarowanie, kiedy rzeczywistość miażdży nas bezwzględnością swych wyroków.

"Lourdes" jest dziełem uszkodzonym, wyrazem zbyt ambitnego umysłu twórczego. Ma jednak w sobie wystarczająco wiele potencjału emocjonalnego, by fani spokojnego kina kontemplacyjnego nie wyszli z seansu rozczarowani.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (97 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry