Recenzja filmu Pasażerowie (2016)
Morten Tyldum

Zagubieni w kosmosie

Ostatecznie film Tylduma broni się właśnie dzięki obsadzie. Lawrence i Pratt są nie tylko niezłymi aktorami, ale stanowią też wdzięczny, obdarzony naturalną chemią duet. Świetnie wypada zwłaszcza ...
Filmweb sp. z o.o.
Od kilku sezonów w hollywoodzkim kalendarzu premier końcówka roku zarezerwowana jest dla kosmicznych widowisk za gazylion dolarów. Sandra Bullock walczyła już z "Grawitacją", Matthew McConaughey zwiedzał Czarną Dziurę w "Interstellar", a "Marsjanin" Matt Damon zasiedlał czerwoną planetę. Teraz swoje pięć minut dostali Chris Pratt i Jennifer Lawrence, czyli "Pasażerowie". Wszystkie wspomniane filmy łączy nie tylko gwiezdny anturaż oraz gwiazdorska obsada, ale również pomysł na pożenienie kameralnej historii ze spektaklem napakowanym efektami specjalnymi. Z wymienionej czwórki "Pasażerowie" wydają się najlżejszym, najbardziej popowym przedsięwzięciem. Podstawowa ambicja twórców polegała chyba na tym, by jak najseksowniej sfotografować wysportowane, atrakcyjne ciała pary tytułowych bohaterów.

photo.title photo.title photo.title

Każdy akt scenariusza Jona Spaihtsa to w zasadzie inny film. Początek budzi skojarzenia z kameralnymi obrazami science fiction pokroju "Moon" i "Ostatniego człowieka na Ziemi", środek to już rasowy romans, zaś finał wypełniony jest fajerwerkami rodem z kina Michaela Baya. W bezpiecznym, pozbawionych spoilerów skrócie: Pratt i Lawrence wcielają się w parę śmiałków, którzy postanowili opuścić Ziemię i wyruszyć w podróż na odległą planetę. Międzygalaktyczna wyprawa na pokładzie statku Avalon nie przebiega jednak pomyślnie: na skutek różnych okoliczności Jim i Aurora zostają wybudzeni ze snu kriogenicznego na 90 lat przed dotarciem do celu. To niestety nie jedyna zła wiadomość.

Czego tu nie ma? Opowieść o potędze człowieczeństwa i zmaganiach z pozbawioną emocji, zautomatyzowaną technologią. Baśń o śpiącej królewnie i walka z wewnętrznymi demonami. Komedia romantyczna z uwypuklonym wątkiem klasowym oraz wysokooktanowe kino akcji. Od pomysłów upchniętych w jednym filmie może rozboleć głowa. Zwłaszcza, że Spaihts do spółki z reżyserem Mortenem Tyldumem nie lubią fabularnych przestojów i mniej więcej raz na kwadrans odpalają kolejną fabularną woltę.

Ten pośpiech niesie jednak ze sobą konsekwencje. Pozytywne skutki są takie, że "Pasażerowie" nawet przez moment nie tracą tempa, dlatego w trakcie dwugodzinnego seansu raczej nie odczujecie palącej potrzeby zerknięcia na zegarek. Jednocześnie w pogoni za atrakcjami twórcy przestają zwracać uwagę na logikę zdarzeń oraz psychologiczny realizm. Dość wspomnieć, że w pewnym momencie historia miłosna - prawdopodobnie wbrew intencjom scenarzysty - zaczyna skręcać w kierunku opowieści o stalkerze i ofierze kryzysu sztokholmskiego. Gdyby tylko wymienić uroczego Pratta na przykład na Michaela Shannona, zrobiłby się z tego dreszczowiec w stylu "Sypiając z wrogiem".

photo.title photo.title photo.title

Ostatecznie film Tylduma broni się właśnie dzięki obsadzie. Lawrence i Pratt są nie tylko niezłymi aktorami, ale stanowią też wdzięczny, obdarzony naturalną chemią duet. Świetnie wypada zwłaszcza on jako zawadiaka skrywający bolesną tajemnicę z przeszłości. Przed kamerą parę gwiazd dzielnie wspiera Michael Sheen jako szarmancki barman-android Arthur. Obserwowanie całej trójki dostarcza więcej przyjemności niż efekty specjalne (którym, notabene, daleko do tego, co wyczarował Alfonso Cuaron we wspomnianej "Grawitacji") oraz pozbawiona napięcia kulminacja. Jeśli więc zdecydujecie się na kupno biletów do kina, pamiętajcie, że tę filmową podróż warto odbyć przede wszystkim dla współpasażerów z ekranu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (321 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie