Recenzja filmu Motyl i skafander (2007)
Julian Schnabel

Zanurzyć się

Prawdziwe, wielkie kino robione dla ludzi i przez ludzi w pełnym tego słowa znaczeniu.
Filmweb sp. z o.o.
Filmowa historia Jean-Dominique’a Bauby'ego, bon vivanta, redaktora naczelnego francuskiego Elle, który w wieku 43 lat zostaje sparaliżowany, to dzieło niezwykłe z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, uwodzi formą wizualną (wszystkie nagrody dla Janusza Kamińskiego są w pełni zasłużone). Po drugie, unika łatwizny łzawego sentymentalizmu, patosu historyjek o tym co ważne i innych takich bzdetów, którymi twórcy tak często szantażują nas emocjonalnie. Po trzecie, i najważniejsze, zostawia wrażenie obcowania z wielkim kinem.

Sztuka, jaką osiągnął Schnabel, jest niezwykle trudna i wymagająca dużej samodyscypliny. Pokusa podlizania się widzowi, schlebiania mu i szantażu emocjonalnego, przed jaką staje twórca, zawsze jest olbrzymia. W końcu nie tylko są to najprostsze i najbardziej prymitywne środki, ale także i w wielu przypadkach najskuteczniejsze. Przypomnijmy sobie, jak często twórcy każą nam się pochylić nad czyimś losem. Ile energii i taśmy filmowej marnują, aby obwieścić wszem i wobec: spójrzcie, jaki ten człowiek jest dobry, godny współczucia (choć często myli się ono co pośledniejszym twórcom z litością). Wszystko po to, aby zmusić widza do współodczuwania i zyskać chwilowy poklask, miano tzw. wrażliwego twórcy, krótkotrwałą sympatię widzów oraz kilka błyszczących nagród. Nie dajmy się jednak oszukać – taka wrażliwość nic nie kosztuje, jest żałosną podróbką niczym produkt czekoladopodobny.

W przypadku "Motyla i skafandra" pokusa była tym większa, że główny bohater idealnie nadawał się na inkubator niepowszechniejącego współczucia. A kiedy już nasze miękkie serduszka zostałyby wyciśnięte do cna, bardzo łatwo potem przemielić to w podziw dla bohatera, który przecież mimo przerażającej choroby tak dzielnie dał sobie radę. Więcej, dopiero wtedy stał się w pełni człowiekiem. Schnabel nie tylko oparł się tej pokusie – on jej w ogóle nie wziął pod uwagę, a po tym właśnie poznaje się prawdziwego artystę.

Historia człowieka, który w mgnieniu chwili traci wszystko i zostaje zamknięty w więzieniu swojego ciała, pokazana jest z perspektywy, jakiej kino dotąd raczej unikało, a przynajmniej nie w takiej wizualnej formie. Nie chodzi tutaj tylko o to, że Kamińskiemu udała się rzecz niezwykła i niespotykana – pokazać świat z perspektywy osoby całkowicie sparaliżowanej, której jedynym sprawnym organem jest lewe oko. W ten sposób widz zanurza się w uniwersum, które rządzi się swoimi własnymi prawami; świat przesączony poprzez wyobraźnię i pamięć bohatera; przestrzenie, które pozwalają zachować człowieczeństwo i wolność, przestrzenie umożliwiające twórczość.

Film Schnabla jest po prostu prawdziwy. Czasami okrutny, a czasami smutny, ale przede wszystkim przesycony pasją życia i zmysłowością. Kamera ślizga się po udach kobiet otaczających opieką Bauby'ego, zagląda im w dekolty. Świat dobija się do świadomości sparaliżowanego bohatera z taką samą, a może nawet większą intensywnością, niż przed wylewem. Nikt się tu nad nikim nie użala, nikt nie dokonuje żadnych emocjonalnych przeszczepów ani amputacji. Cierpienie nie uwzniośla, nie sprawia, że stajemy się lepszymi ludźmi, ale nie odziera też z człowieczeństwa. Pozwala jednak dostrzec to, co je konstytuuje, będąc zarazem pochwałą życia. Prawdziwe, wielkie kino robione dla ludzi i przez ludzi w pełnym tego słowa znaczeniu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (67 głosów).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)