Recenzja filmu Dziecko apokalipsy (2015)
Mario Cornejo

Zapach palm o poranku

Połączenie "kino plus surfing" momentalnie prowokuje szereg wizualnych skojarzeń i Cornejo potulnie idzie za tym odruchem. Nawet tak odległe od siebie "surfingowe" filmy jak kameralna "Scena nad ...
Filmweb sp. z o.o.
Podobno deska surfingowa pozostawiona przez ekipę "Czasu Apokalipsy" u wybrzeży Filipin stała się katalizatorem lokalnego surfingowego boomu. Francis Ford Coppola nie tylko nakręcił tam jeden z najlepszych filmów w historii kina, nagrodzony Złotą Palmą i naszpikowany ikonicznymi kwestiami w rodzaju tej o zapachu napalmu o poranku. Coppola również – zupełnie niechcący – sprowokował modę na pływanie na desce, która rozkwitła w miejscowości Baler po tym, jak ekipa filmowa opuściła okolicę. Podobno. Bo choć w pierwszych minutach "Dziecka Apokalipsy" słyszymy właśnie tę anegdotę, narratorka zaraz podważa ją znamiennym "ta historia jest tylko w pięćdziesięciu procentach prawdziwa". Reżyser Mario Cornejo inauguruje tym samym konwencję na poły poetyckiego, na poły żartobliwego niedopowiedzenia, na której zbudowany jest cały film.


Połączenie "kino plus surfing" momentalnie prowokuje szereg wizualnych skojarzeń i Cornejo potulnie idzie za tym odruchem. Nawet tak odległe od siebie "surfingowe" filmy jak kameralna "Scena nad morzem" Takeshiego Kitano i dynamiczne "Point Break" z Keanu Reevesem łączy pewien rodzaj wrażliwości. Kiedy kamera ma chwycić wskakujących na fale śmiałków, aż prosi się o prześwietlone kadry i zwolnione tempo, które wynoszą dynamizm fizycznego wysiłku do statusu jakiejś uduchowionej poezji. Nic zatem dziwnego, że w "Dziecku Apokalipsy" nie uświadczymy nic apokaliptycznego, choć film opowiada o dziwnym miłosnym pięciokącie (!) i o kontrastujących z idylliczną scenerią kłótniach i żalach. Reżyser z manierą wyluzowanego surfera dystansuje się od perypetii, jakie są udziałem bohaterów. Od dramatycznych dialogowych tyrad woli więc skróty myślowe, grę ciał i spojrzeń na tle urokliwych palm, piasku i wody. 
 
Owo "surferskie zen" to zresztą stan ducha, do którego dąży główny bohater, Ford. Podobno (znowu to podobno!) jest on nieślubnym synem jakiegoś członka ekipy "Czasu Apokalipsy", z którym przed laty przespała się jego matka. Mężczyzna stara się jednak zdystansować od takich dramatów, woli surfować i spędzać czas ze swoją dziewczyną. Do miasta wraca jednak – niczym wyrzut sumienia – jego dawny przyjaciel, Rich. Bliski jak brat, ale stanowiący absolutne przeciwieństwo Forda: bogaty, wykształcony, z kobietą o urodzie modelki u boku. Między przyjaciółmi rozpoczyna się pojedynek niedopowiedzeń, wzajemnych pretensji i miłosnych podbojów, w który wplątują się nie tylko ich partnerki, ale i matka Forda, Chona.  


W filmie powracają sceny seksualnych zbliżeń nakręcone podobnie do tej pamiętnej z "Nie oglądaj się teraz" Nicolasa Roega. Dzięki magii montażu chwile miłosnego uniesienia przeplatają się tu z momentami postorgazmicznego uspokojenia; akcje idą ręka w rękę z konsekwencjami. Zupełnie jakby Cornejo chciał pokazać, że przeszłość żyje obok nas, ciążąc, determinując, komplikując. Ford niby szuka zapomnienia gdzieś między falami, ale wciąż wraca sprawa jego pochodzenia, symbolicznie ciągnąc go na dno. W rozmowach bohaterów przeplatają się też bolesne doświadczenia sprzed lat: samookaleczenia, stracone dzieci, gwałty. I jest w filmie kilka momentów, gdy Cornejo nieco za bardzo ulega pokusie melodramatyzowania, dając się porwać kołowrotowi zdrad i zemst. (Trzeba też dodać, że niezbyt ładnie podminowuje reputację pewnego amerykańskiego reżysera.) Ale koniec końców nie pławi się w tragedii, zaraz puentuje jakiś życiowy zgrzyt ciepłym żartem. 

I taki jest ten film: balansujący gdzieś między powagą a dystansem, między realizmem a baśnią. Nieprzypadkowo punktuję owo "podobno": Cornejo bowiem swobodnie miesza prozę życia swoich bohaterów ze sferą mitów czy miejskich legend, ludzkim grzeszkom i przywarom przeciwstawia lokalnych szamanów i syreny. Niby gęsto zaplata sieć intrygi, ale jednak opowiada lakonicznie, niemalże od niechcenia. Wychodzi mu zwiewny, słodko-gorzki film – choć niekoniecznie o lekkich sprawach. W rezultacie po sympatycznym seansie "Dziecko Apokalipsy" dość łatwo wywieje wam z głów. Ale taki już urok kina pełną gębą surferskiego, które dramatyczny wysiłek przekuwa w finezyjną lekkość.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły