Recenzja filmu Dziennik maszynisty (2016)
Miloš Radović

Ze śmiercią im po drodze

"Dziennik maszynisty" nie jest jednym z tych tytułów, które sprawnie łączą ze sobą elementy komediowe i tragiczne. Gdy tylko na ekranie robi się poważnie, opowieść wyraźnie traci ...
Filmweb sp. z o.o.
"Dziennik maszynisty" został wystawiony przez Serbów do rywalizacji o nieanglojęzycznego Oscara. Wydaje mi się jednak, że na kandydowaniu skończy przygodę z nagrodą Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Co prawda na poziomie czysto rozrywkowym jest to obraz, który z całą pewnością przypadnie do gustu szerokiej publiczności, ale reżyser, Miloš Radović, miał też większe ambicje – których nie udało mu się ich zrealizować.
   
Bohaterem filmu jest maszynista Ilija. Kiedy go poznajemy, jest właśnie na konsultacji psychologicznej po tym, jak prowadzony przez niego pociąg zmasakrował sześć osób. Pod koniec spotkania to psychologowie będą roztrzęsieni i Ilija będzie musiał ich pocieszać. Wydawać by się więc mogło, że maszynista ma grubą skórę i świetnie radzi sobie z traumą po rozjechaniu przypadkowych osób. Prawda jest jednak inna, o czym przekonamy się już wkrótce, kiedy zobaczymy, jak bohater opiekuje się 10-letnim sierotą, niedoszłym samobójcą Simą. Chłopak za wszelką cenę chce pójść w ślady swojego przybranego ojca. Reakcja Iliji mówi dużo na temat tego, jaką cenę płaci za bycie "seryjnym zabójcą".

Aby opowiedzieć tę historię, Radović sięga po humor. "Dziennik maszynisty" pełen jest scen, na których widzowie parskać będą gromkim śmiechem. I choć tematem komediowych momentów jest zabijanie ludzi wielotonowymi lokomotywami, to nie mamy tu do czynienia z żadnymi niestosownymi żartami. Wszystko obwarowane jest tak dużą dozą absurdu, że nawet najdziwniejsze wypowiedzi bohaterów nie budzą niesmaku. Trudno bowiem na poważnie traktować dylematy bohaterów, gdy są one tak bardzo przejaskrawione. Jak choćby cierpienie młodego maszynisty, który modli się o samobójcę, bo nie może już znieść napięcia, że nikogo jeszcze nie zabił.

Nietrudno traktować te scene jako elementy czysto komediowe. Jednak wyraźnie widać, że nie do końca taki cel przyświecał reżyserowi. Radović wyszedł z założenia, że życie maszynistów jest dramatyczne, poddane ciągłemu stresowi związanemu z obawą, że jakiś idiota albo desperat wyjdzie im na tory. Reżyser chce nam pokazać, że z takim obciążeniem nie da się normalnie żyć, że śmiech i absurdalny humor nie służą rozrywce, ale obronie przed naporem poczucia winy. Intencje Radovicia są bardzo czytelne, co jednak wcale nie znaczy, że udało mu się zamiar skutecznie zrealizować. "Dziennik maszynisty" nie jest jednym z tych tytułów, które sprawnie łączą ze sobą elementy komediowe i tragiczne. Gdy tylko na ekranie robi się poważnie, opowieść wyraźnie traci tempo. Radović nie potrafi być jednocześnie zabawny i poważny, musi zmieniać bieg, czym poważnie szkodzi fabule. Film  sprawia wrażenie, jakby poszczególne konwencje, zamiast się uzupełniać, pozostawały ze sobą w konflikcie.

Problem łagodzi trochę udana gra aktorów. Szczególnie dobrze radzi sobie weteran jugosłowiańskiego i serbskiego kina Lazar Ristovski. W przeciwieństwie do reżysera, on niczego nie zmienia w swojej grze, jest taki sam zarówno w scenach poważnych, jak i komediowych. Dzięki temu zaciera kontrasty obu tonacji opowieści. W sytuacjach humorystycznych sprawia, że pojawia się w jego postaci nuta melancholii. Zaś w chwilach poważnych rozładowuje ciężar, nadając scenom tak istotnej lekkości. Ale sam Ristovski nie jest w stanie zamaskować wszystkich niedociągnięć reżysera. Dlatego też "Dziennik maszynisty" pozostawia po sobie wrażenie dzieła niespełnionego.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 14% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły