Recenzja filmu Fokstrot (2017)
Samuel Maoz

Zgubiony rytm

"Foxtrot", choć również opowiada o "życiu z wojną w tle", pozostaje natomiast dziełem świadomie oderwanym od rzeczywistości. Decydując się na wybór takiej konwencji Maoz z pewnością wykazał się ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Fokstrot (2017)
O Samuelu Maozie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że odcina kupony od dotychczasowych sukcesów. "Liban" - uhonorowany Złotym Lwem w Wenecji, poprzedni film reżysera - zyskał rozgłos dzięki skrajnie realistycznemu przedstawieniu codzienności izraelskich żołnierzy. "Foxtrot", choć również opowiada o "życiu z wojną w tle", pozostaje natomiast dziełem świadomie oderwanym od rzeczywistości. Decydując się na wybór takiej konwencji Maoz z pewnością wykazał się artystyczną odwagą, ale jego eksperyment udał się, niestety, tylko połowicznie. Choć w filmie znajdują się fragmenty olśniewające, ich siłę neutralizują sceny sprawiające wrażenie zupełnie chybionych.

Całość zaczyna się dość niewinnie. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut seansu reżyser serwuje nam dość sztampową historyjkę o trudnych relacjach wewnątrz pewnej izraelskiej rodziny. Uważny widz dostrzeże jednak w tym obrazie pewne pęknięcia - aktorzy podejrzanie często ocierają się o nadekspresję, a ich cierpienie wydaje się ewidentnie wystawione na pokaz. Tajemnica wyjaśnia się za sprawą brawurowej fabularnej wolty pokazującej, że pozornie zwyczajny świat okazuje się w rzeczywistości ufundowany na niewyobrażalnym absurdzie. Zdecydowanie największe stężenie groteski ujawnia się w sekwencjach opisujących życie syna głównych bohaterów, 20-letniego żołnierza. Perypetie Jonathana i jego kolegów, obsługujących punkt kontrolny gdzieś na głuchej prowincji, mają w sobie ten sam humor i pomysłowość, którymi emanowały wczesne opowiadania Etgara Kereta.

Gdy można odnieść wrażenie, że film na dobre odnalazł już swoją tonację, okazuje się, że Maoz bynajmniej nie powiedział ostatniego słowa. Kolejne zwroty akcji nie mają już jednak pierwotnej siły i sprawiają wrażenie lekkomyślnego popisu reżyserskich umiejętności. Izraelski twórca od pewnego momentu zaczyna przypominać piłkarza, który - choć ma otwartą drogę do bramki - postanawia wykonać jeszcze jeden, zupełnie zbędny zwód. Wydaje się tak zakochany w swych umiejętnościach, że zwyczajnie nie dostrzega momentu, gdy fabuła wymyka mu się spod kontroli. Koniec końców trudno bowiem powiedzieć, czym w rzeczywistości miałby okazać się "Foxtrot". Krytyką izraelskiej rzeczywistości opartej na zawłaszczaniu prywatności jednostek przez instytucje państwowe i religijne? Opowieścią o surrealistycznym wymiarze życia w kraju znajdującym się w permanentnym stanie wojny? Uniwersalną historią tworzenia się niemożliwego do zniwelowania dystansu pomiędzy rodzicami a dziećmi? A może, jak wskazuje urocza skądinąd anegdota rodzinna przytaczana w filmie przez jednego żołnierzy, w sztuce opowieści liczy się nie morał, lecz przyjemność płynąca z samego snucia narracji?

Ostatni wariant wydawałby się najbardziej kuszący, gdyby nie to, że przeczy mu postawa samego reżysera. Im bliżej finału, w tym większym stopniu Maoz porzuca dotychczasową beztroskę i pragnie podkreślić, że jego intencją było zrealizowanie filmu "o czymś". Aby ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości, izraelski twórca decyduje się wprost wyjaśnić znaczenie, dość enigmatycznej dotychczas, metafory kryjącej się w tytule. Scena ta stanowi gwóźdź do trumny opowieści, bo - nie wchodząc w szczegóły - należy przyznać, że sprowadza film do znacznie płytszego wymiaru niż moglibyśmy sądzić.

Wszystko wskazuje zatem na to, że fokstrot, który w opinii fachowców stanowi jeden z najtrudniejszych tańców towarzyskich, okazał się dla reżysera zbyt skomplikowany. Mylący kroki i gubiący rytm Maoz z całą pewnością nie osiągnął w swej sztuce biegłości zaprezentowanej przed laty przez Ariego Folmana w "Walcu z Baszirem". Nie da się ukryć, że - pełen stylistycznych i treściowych podobieństw - izraelski dokument stał się dla "Foxtrota" cieniem, niedoścignionym wzorem i ostatecznym przekleństwem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni