Recenzja filmu Manifesto (2015)
Julian Rosefeldt

Zwyczajne twarze awangardy

"Manifesto" to obrzęd Dziadów odprawiony nad dwudziestym stuleciem, które przecież nie bez kozery nazywamy wiekiem awangardy. W czasach powszechnego uczulenia na wielkie litery i wielkie idee, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Manifesto (2015)
Moja pierwsza reakcja na nieobejrzane jeszcze "Manifesto" – będzie z czego poszydzić, oj będzie. No bo czy można sobie wyobrazić większą intelektualną pretensję, niż wszystkie te złotouste, namaszczone świętym olejem deklaracje życia w „wyjątkowych czasach” i w objęciach „przełomowej sztuki”? Dobrze sprawdzają się w akademickiej dyspucie i jako kulturoznawcza ciekawostka, ale w kinie zapowiadają spacer po cienkim lodzie przekombinowania. Czekałem więc, aż pod delikwentem zacznie pękać grunt i w końcu z hukiem spadnie w przepaść pustosłowia. I się nie doczekałem.


"Manifesto" otwiera zbliżenie podpalanego lontu. Ale to nie świat płonie – nie ma żadnego dynamitu podłożonego pod dawny, skostniały porządek – to tylko starsze panie puszczają fajerwerki: dla własnej radochy, przyjemności czerpanej z błyskających światełek. Film Rosefeldta debiutował w galeriach jako wielokanałowa instalacja artystyczna, w wersji kinowej równoczesność zamieniono na następstwo. Cate Blanchett wciela się w trzynaście różnych postaci i wygłasza fragmenty słynnych manifestów. Znajdziemy wśród nich między innymi "Manifest komunistyczny" Marksa i Engelsa, "Manifest surrealizmu" Andre Bretona, "I Am for an Art" rzeźbiarza Claesa Oldenburga, manifesty futurystów, sytuacjonistów czy konstruktywistów, teksty Jima Jarmuscha, Wernera Herzoga, reżyserów Dogmy 95 (pełna lista pojawia się dopiero po napisach końcowych). Najważniejsze są jednak nowe konteksty, zainscenizowane sytuacje – bliskie banalnej codzienności – które wydobywają z okrągłych, napompowanych fraz cały ich komiczno-absurdalny potencjał. 

I tak, Blanchett jako purytańska gospodyni domowa inicjuje przedobiednią modlitwę, lecz z jej ust – zamiast dziękczynienia – płyną słowa manifestu: „Jestem za sztuką polityczną, erotyczną, mistyczną, która robi coś więcej, niż tylko siedzi na dupie w muzeum”. Mowa pogrzebowa to nie pełne żalu wspominanie zmarłego, ale programowa deklaracja dadaistów, pełne patosu życzenie śmierci dla konserwatywnej kultury. Lekcja w podstawówce zamienia się w autorytarną instrukcje, jak kręcić filmy zgodnie z zasadami Dogmy – dzieci powtarzają za nauczycielką, że „nic już nie jest oryginalne”. Tych masek jest oczywiście więcej: bezdomny mężczyzna, stara punkówa, robotnica w sortowni śmieci, futurystyczny naukowiec, prezenterka wiadomości. Wspólny mianownik opiera się na desakralizacji kanonicznych tekstów i nadaniu im nowego znaczenia przez absurdalny sposób użycia. W tym sensie z publicznych deklaracji, formułowanych w kontrze do czegoś i z przekonaniem o ostatecznym, śmiertelnie poważnym charakterze własnej sztuki czy ideologii, manifesty stają się częścią żywej mowy, a więc życiem samym w sobie. Służą do artykułowania własnego działania, wyrażania przeciętnych myśli, własnych ambicji i zmartwień, do edukowania i prostackiego pouczania. Ta ich radykalna nieprzystawalność do tego, co codzienne, zwyczajnie ludzkie, związane z pracą, z praktykami szarego człowieka, jest w filmie głównym źródłem komizmu.


Być może brzmi to wszystko jak ćwiczenie stylistyczne, a jednak Julian Rosefeldt i Cate Blanchett slalomem omijają największe pułapki filmów eksperymentalnych – hermetyczną treść, akademickie przeintelektualizowanie, nadmiernie wybujałą formę. "Manifesto" to obrzęd Dziadów odprawiony nad dwudziestym stuleciem, które przecież nie bez kozery nazywamy wiekiem awangardy. W czasach powszechnego uczulenia na wielkie litery i wielkie idee, słynne manifesty powracają niczym duchy bohaterskich przodków, w czystych szatach i w odniesieniu do praktyki języka mówionego. I – jako narzędzia szeroko pojętego zerwania z konserwatywną przeszłością – znowu ponoszą sromotną porażkę. W wirtuozerskich interpretacjach Blanchett wyłazi z nich to, o co zawsze je podejrzewaliśmy – że wcale nie są o nas, ale o swoich autorach: ich pragnieniach, frustracjach, parciu do zatrzymania i uwznioślenia w zbiorowej pamięci. Są pokarmem dla ego, arogancką deklaracją ponadprzeciętnej pewności siebie, która pozwala brać własne myśli i postrzeżenia za powszechne i obiektywne kryteria wiedzy. Mają także wiele wspólnego z publiczną autoprezentacją, z przywdziewaniem aktorskich masek i chyba właśnie dlatego tak dobrze sprawdzają się w formie teatralnych monologów, jakby zostały napisane specjalnie z myślą o głośnym wygłaszaniu ze sceny.



Mini-scenki z Blanchett można interpretować na wiele różnych sposobów albo po prostu cieszyć się kameleonowymi zdolnościami aktorki. Film nie wymaga znajomości historii awangardy ani samych manifestów, bo traktuje właśnie o ich odklejeniu od życiowej praktyki. Trudny język nie służy tutaj intelektualnej zabawie i wzbudzaniu w widzach poczucia wstydu – że tacy nieobyci, nieoczytani, nie znający kanonu – dlatego warto pozwolić słowom płynąć swobodnie, nie skupiać się na znaczeniu czy interpretacji, ale na brzmieniu. Chwytać różnicę między nadętym tekstem a banalnym przedmiotem: podawaną do stołu pieczenią, sortowanym śmieciem, ruinami fabryki. "Manifesto" w istocie samo jest wizualnym manifestem i kieruje się przeciwko wszystkim tym jednostkowym, dyktatorskim wizjom świata, które mówią o sobie, że są jednocześnie uniwersalne i oryginalne, że obrócą w gruz stare języki, a nowe zbudują od podstaw, bo tylko one wiedzą jak. Rosefeldt nie popada w tym swoim sprzeciwie w kaznodziejską zapalczywość, trzyma się blisko widzów, blisko przystępnej, przejrzystej formy scenicznego monologu. Dla filmu, który wyrósł z hermetycznego podłoża galerii sztuki, to chyba najlepsza rekomendacja. Nie bójcie się więc "Manifesto", bo "Manifesto" jest dla was, a nie dla białych ścian muzeum. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (56 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry