Recenzja filmu Bruce Wszechmogący (2003)
Tom Shadyac

"Bądź cudem"

     "Rozstąpienie zupy to nie cud - To tylko sztuczka. Samotna matka, która ma dwie prace i ma jeszcze czas na zajmowanie się dziećmi - to cud. Nastolatek, który wybiera naukę zamiast ...
Filmweb sp. z o.o.
     "Rozstąpienie zupy to nie cud - To tylko sztuczka. Samotna matka, która ma dwie prace i ma jeszcze czas na zajmowanie się dziećmi - to cud. Nastolatek, który wybiera naukę zamiast narkotyków...- To jest prawdziwy cud.".
Bycie Bogiem nie jest tak łatwe jak mogłoby się wydawać. Na własnej skórze przekonał się o tym Bruce Nolan (Jim Carrey), który do pewnego momentu wiódł życie normalnego człowieka, a swoje niepowodzenia coraz częściej tłumaczył złym zarządzaniem światem przez Tego w niebie. Kłopoty z dziewczyną, problemy w pracy i inne niepowodzenia w życiu osobistym da się rozwiązać bez posiadania boskiej mocy, jednak Bóg w osobie Morgana Freemana postanowił wybrać się na urlop i jako swojego zastępcę wybrał właśnie Bruce'a. No, niech sprawdzi, ile uda mu się naprawić mając nieskrępowane zdolności i możliwości.....niech się stanie Bruce Wszechmogący!

     Jim Carrey ponownie zakłada maskę. "Bruce'a Wszechmogącego" można porównywać z innym filmem, którego bohaterem jest niejaki Stanley Ipkiss, jednak ten film ma nieco inny wymiar. Podobnie, bohater wyraźnie zmęczony 'niesprawiedliwością' świata staje się kimś lepszym, dużo lepszym, za....dobrym. Jednak Nolan cały czas jest sobą, ma normalną świadomość i chce naprawiać. Tylko co? Od czego zacząć? Przecież Bóg może wszystko, z łatwością wszystko uporządkuje, więc będąc wszechmogącym mogę pstryknąć palcem i sprawić, że będę szczęśliwy, i inni będą szczęśliwi.....o nie, mój Bruce. Tego trzeba się nauczyć. Żeby być Bogiem, trzeba być....Bogiem. Wielka siła to wielka odpowiedzialność (przypomina się "Spiderman 2"). Na szczęście gra toczy się o inną stawkę, inne są też jej skutki, bo nawet jeśli do "Mocy" dorwie się ktoś taki jak Jim Carrey, to nad wszystkim i tak czuwa jak zwykle spokojny i opanowany Bóg (Morgan Freeman). Jak możemy się domyślić, nie będzie tak bosko jak się zapowiadało, ale żeby się dowiedzieć czy, jak i czemu bohaterowi Jima Carreya udało się zerwać maskę i co się z nią stało - trzeba obejrzeć film.

     Świetna komedia godna polecenia każdemu. Doborowa obsada spisała się bardzo dobrze, nie było nawet za dużo spalonych gagów w stylu właśnie pana Carreya, a niektóre sceny są godne zapamiętania. Nawet czarny Bóg w białym garniturze grany przez Morgana Freemana stał się kultową postacią. Film jako całość można też nazwać jedną z lepszych komedii ostatnich kilkunastu lat. I to nie komedii w stylu Ace'a Ventury (również nienajgorszej), lecz bardziej jak Truman Show - głębszej i z przesłaniem - no, może pod grubszą warstwą żartu. Poniekąd prezentuje genezę i skutki modlitwy - spotykamy się ze skargami, prośbą, przeprosinami, dziękczynieniem i uwielbieniem. Między wierszami pokazuje sposób naprawiania układanki-świata - nie od razu, lecz każdy zaczyna od swojego elementu. Rzekł przecież Bóg (postać w filmie): "Ludzie wiele ode mnie oczekują, ale nie rozumieją, że to oni mają moc".

     Jeśli nie widziałeś "Bruce'a Wszechmogącego" - szczerze zachęcam, obejrzyj. A kiedy skończysz się śmiać, pójdź i dołóż swój element do układanki. Zrób cud, bądź cudem. A skoro nie jesteś Bogiem, pomóż mu chociaż umyć podłogę.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).
Kolodziey
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o