Recenzja filmu Opowieści z Narnii: Książę Kaspian (2008)
Andrew Adamson
Waldemar Modestowicz

"I'll come back when you call me..."

Obraz podkreśla, że nie należy tracić wiary, nawet w trudnych chwilach i niesie ze sobą przesłanie nadziei.
Filmweb sp. z o.o.
C.S.Lewis, autor "Opowieści z Narnii", zadedykował swe dzieło pewnej dziewczynce, o imieniu Lucy. Była ona córką Owena Barfielda, jednego z przyjaciół pisarza, a zarazem jego chrześniaczką. Treść dedykacji brzmiała: Moja Droga Lucy, napisałem tę powieść dla ciebie, ale kiedy zaczynałem ją pisać, nie zdawałem sobie spawy, że dziewczynki rosną szybciej niż książki. W rezultacie jesteś już za stara na baśnie, a kiedy tę książkę wydrukują i oprawią, będziesz jeszcze starsza. Pewnego dnia będziesz jednak dostatecznie stara, aby znowu do baśni wrócić. Możesz wtedy zdjąć tę książkę z jakiejś wysokiej półki, odkurzyć i powiedzieć mi, co o niej myślisz. Prawdopodobnie będę wtedy tak głuchy, że nic nie będę słyszał i tak stary, że nie będę niczego rozumiał, ale na pewno będę wciąż twoim kochającym cię ojcem chrzestnym.

Kiedy po raz pierwszy czytałam "Opowieści z Narnii", miałam osiem lat i treść tej dedykacji wydała mi się dość zabawna. Zastanawiałam się, co to znaczy być dostatecznie starym, by móc wrócić do baśni. Wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie; nie wiem, ile trzeba mieć lat, by być w stanie wycisnąć z baśni całą jej treść, wiem jednak, że nie każdy to potrafi. Dlatego właśnie takie filmy nie do każdego widza przemówią i oczywiście niczego złego w tym nie ma, bo o gustach podobno się nie dyskutuje. Jeżeli ktoś nie przepada za baśniami, śmiało może sobie darować ich czytanie i oglądanie. Ja jednak, w myśl słów C.S.Lewisa, albo jeszcze nie dorosłam, albo już zdążyłam się dostatecznie zestarzeć, bo "Książę Kaspian", będący drugą częścią filmowych "Opowieści z Narnii", wprawił mnie w szczery zachwyt.


Film podobnie jak poprzedzający go "Lew, czarownica i stara szafa" wyreżyserowany został przez Andrew Adamsona, twórcę "Shreka" i "Shreka 2". Na ekranie ponownie widzimy Georgie Henley, Skandara Keynesa, Annę Popplewell i Williama Moseleya. Kompozycję ścieżki dźwiękowej również powierzono "sprawdzonemu" człowiekowi; podobnie jak we wcześniejszym filmie zajął się tym Harry Gregson-Williams. Postawiono zatem na pewniaków. I dobrze, ponieważ otrzymaliśmy wszystko, za co można było pokochać pierwszą "Narnię" i... dużo więcej.

Od wydarzeń przedstawionych w "Lwie, czarownicy i starej szafie" minął rok, ale, rzecz jasna, tylko wówczas, gdy bierzemy pod uwagę czas angielski... Piotr (Moseley), Zuzanna (Popplewell), Edmund (Keynes) i Łucja (Henley) stoją na stacji metra. Właściwie to niezbyt spokojnie stoją. Piotr wdał się w bójkę, Edmund pośpieszył mu na ratunek, a ich siostry patrzą na to z politowaniem. Po ich minach widać wyraźnie, że to nie pierwsza taka sytuacja. W ogóle już po pierwszych sekwencjach filmu, nietrudno zgadnąć, że po latach władania Narnią, rodzeństwu Pevensie trudno odnaleźć się na powrót w angielskiej rzeczywistości. Zuzanna stała się samotniczką, chłopcy są rozgoryczeni faktem, że traktuje się ich jak dzieci. Jedynie Łucja jest tą samą pogodną dziewczynką, jaką była wcześniej. Ona jedna nie ma wątpliwości, że kiedyś ponownie zobaczy ukochaną Narnię... i rzecz jasna ma rację. Wraz z nadjeżdżającym pociągiem, stacja metra znika, a dzieci niespodziewanie znajdują się w jaskini. Kiedy z niej wychodzą, ich oczom ukazuje się przepiękna plaża i błękitne morze. Znów są w Narnii. Problem polega na tym, że w ich królestwie, gdzie czas płynie inaczej niż w naszym świecie, od ich odejścia minęło tysiąc trzysta lat. 


Narnia zmieniła się nie do poznania. Po zamku Ker-Paravel, który niegdyś stał na niewielkim cyplu, pozostały ruiny na wyspie, drzewa przestały tańczyć, część zwierząt utraciła mowę. Rodowici Narnijczycy zmuszeni zostali do życia w ukryciu, ponieważ wiele wieków wcześniej ich kraj najechany został przez ludzi z Telmaru, którzy przejęli władzę i za punkt honoru postawili sobie zmiecenie z powierzchni ziemi, faunów, karłów, centaurów, mówiących zwierząt i innych zamieszkujących Narnię istot. W chwili rozpoczęcia akcji filmu władzę w państwie sprawuje rada lordów, na czele z żądnym władzy regentem Mirazem (Sergio Castellitto). Jest on bratem zmarłego przed kilkoma laty króla Kaspiana IX i opiekunem nieletniego następcy tronu, również Kaspiana (Ben Barnes). Młody książę, inaczej niż inni Telmarowie, nie gardzi rodowitymi Narnijczykami. Jego nauczyciel (Vincent Grass) zwykł opowiadać mu legendy o rdzennych mieszkańcach kraju, którym ma kiedyś władać. W rezultacie Kaspian poddał się urokowi dawnych dni i tęskni za Narnią wielkich władców sprzed wieków; króla Piotra Wielkiego, królowej Zuzanny Łagodnej, króla Edmunda Sprawiedliwego i królowej Łucji Walecznej. Ze świata marzeń wyrywa go jednak brutalna rzeczywistość. Oto Miraz wreszcie doczekał się syna i teraz już tylko bratanek stoi pomiędzy nim a koroną. Odtąd życie Kaspiana jest w niebezpieczeństwie. Chłopiec ucieka, mając przy sobie jedynie róg królowej Zuzanny, który podarował mu jego nauczyciel. Wie, że zgodnie z narnijską legendą instrument ten ma moc przywołania pomocy. Niektórzy wierzą, że sprowadzi on Aslana, inni, że za jego sprawą powróci czworo władców. Kaspian, uciekając przed ścigającymi go żołnierzami Miraza, spotyka dwóch karłów, Zuchona (Peter Dinklage) i Nikabrika (Warwick Davis), którzy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie mają wobec niego przyjaznych zamiarów. Z obawy o swoje życie chłopiec dmie w róg i wówczas dopiero zaczyna się prawdziwa przygoda.


Myślę, że warto zaznaczyć, że o ile "Lew, czarownica i stara szafa" jest dość dokładną ekranizacją książki, o tyle w "Księciu Kaspianie" pozwolono sobie na większą swobodę. Czy słusznie? Osobiście uważam, że wszystkie zmiany wprowadzono z korzyścią dla filmu. Po pierwsze nieco inne niż w książce są tutaj okoliczności użycia rogu Zuzanny, a także pojmania Zuchona przez żołnierzy Miraza. Zamiast przegranej bitwy o Kopiec Aslana w filmie mamy brawurowy atak na twierdzę Miraza, a ponadto scenarzyści postanowili wprowadzić wątek miłosny, popychając ku sobie Zuzannę i Kaspiana. Niezwykle podobał mi się wątek rytuału, który miał sprowadzić z powrotem Białą Czarownicę (Tilda Swinton). W filmie jest on bardziej rozbudowany niż w książce i naprawdę robi wrażenie, podobnie jak wszystkie sceny batalistyczne. Zawiodłam się jednak na scenie pojedynku, która zamiast dramatycznie wypadła komicznie.

Na wyróżnienie zasługuje w tym filmie wiele rzeczy. Po pierwsze scenografia, kostiumy i ogólnie cała oprawa wizualna, która nie pozwala oderwać oczu od ekranu. Komputerowo wykreowany Aslan, Ryczypisk - wódz myszy czy duch rzeki, wyglądają jak żywi. Podobnie jak w poprzedniej części, zarówno w oryginalnej wersji językowej, jak i w polskim dubbingu postawiono na znane i sprawdzone głosy. Rodzeństwo Pevensie znów przemawia głosami Piotra Deszkiewicza (Piotr), Marty Dąbrowskiej (Zuzanna), Kamila Kubika (Edmund) i Mai Cygańskiej (Łucja). Aslan to ponownie Neeson (po polsku Machalica). Nowi bohaterowie, jeżeli można tak to określić, również zostali obdarzeni właściwymi głosami. Marcin Hycnar udzielił głosu Kaspianowi, Krzysztof Stelmaszczyk Mirazowi. Ryczypisk, dzielna mysz ze szpadą to w oryginale Eddie Izzard, a po polsku Marcin Przybylski.


Kolejna sprawa to muzyka. Cudowne są nie tylko kompozycje Gregsona-Williamsa, nadające filmowi wspaniały klimat, ale też piosenki promujące obraz, które można usłyszeć w czasie napisów końcowych; "Lucy" Hanne Hukkelberg, "A dance 'round the memory tree" Orena Lavie, "This is Home" zespołu Switchfoot, czy, moje ulubione, "The Call" Reginy Spektor.

I wreszcie aktorzy. Rodzeństwo Pevensie, tak jak i w poprzednim filmie, zostało dobrze sportretowane. Młodzi odtwórcy ich ról są już dojrzalsi, co doskonale widać na ekranie. Ben Barnes jako Kaspian prezentuje się moim zdaniem nieco lalusiowato, ale jest to raczej kwestia charakteryzacji niż gry aktorskiej i ostatecznie nie wypada źle. Bardzo wyrazisty jest natomiast Sergio Castellitto. Jego Miraz to czarny charakter z krwi i kości. Inaczej niż Biała Czarownica nie jest on uosobieniem nadnaturalnego zła, ale człowiekiem. Zepsutym do cna, ale jednak człowiekiem. Najwyższe uznanie jednak należy się według mnie filmowemu Zuchonowi (Peter Dinklage). 


Jak to z dziełami C.S.Lewisa bywa, także i w "Księciu Kaspianie" można wyraźnie dostrzec chrześcijańskie akcenty. Zarzuty, że tym razem twórcy filmu postawili na wartką akcję i zagubili po drodze przesłanie, są w mojej opinii zupełnie bezpodstawne. Obraz podkreśla przecież, że nie należy tracić wiary, nawet w trudnych chwilach i niesie ze sobą przesłanie nadziei. Przypomina, że gdzieś obok zawsze jest ktoś, na kogo można liczyć, kto, tak jak filmowy Aslan, tylko czeka, aż poprosimy go o pomoc. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie