Recenzja filmu Amadeusz (1984)
Miloš Forman

"Od tej pory jesteśmy wrogami", czyli jak ciężko być Salierim

"Nigdy nie byłem i nie będę w stanie stworzyć takiej muzyki..." - miał rzekomo powiedzieć Ludwig van Beethoven o 24 koncercie fortepianowym c-moll Mozarta. Jeśli słowa te w ustach jednego z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Amadeusz (1984)
"Nigdy nie byłem i nie będę w stanie stworzyć takiej muzyki..." - miał rzekomo powiedzieć Ludwig van Beethoven o 24 koncercie fortepianowym c-moll Mozarta. Jeśli słowa te w ustach jednego z największych twórców w dziejach brzmią co najmniej dziwnie, o ile nie szokująco, to jak musiała czuć się cała rzesza kompozytorów o znacznie pośledniejszych umiejętnościach i talencie, gdy porównywali swe prace do wielkiego dzieła Mozarta?

"Amadeusz" opowiada historię jednego z takich właśnie twórców - Antonio Salieriego - włoskiego kompozytora okresu klasycyzmu, który od młodzieńczych lat związał się z Wiedniem i dworem cesarskim. Salieri - człowiek znany i szanowany - wiedzie pracowite i zdaje się szczęśliwe życie wypełnione muzyką. Pewnego dnia poznaje młodego Mozarta i od tej chwili wszystko w jego poukładanym świecie zaczyna się zmieniać...

Ciekawe, czy Miloš Forman, mający już wtedy za sobą niezapomniany "Lot nad kukułczym gniazdem", spodziewał się, że sięgając po sztukę Petera Shaffera, stworzy kolejne arcydzieło? Tak - już na wstępie nie waham się nazwać "Amadeusza" arcydziełem. Arcydziełem, w którym na pierwszy plan nie wysuwa się historia i fakty, lecz artystyczna wizja zetknięcia się dwóch ludzi, dwóch kompozytorów - tak różnych od siebie. Historia przedstawiona w filmie prawdopodobnie nigdy nie miała miejsca w rzeczywistości. Wiele z ukazanych wydarzeń z życia Mozarta jest wymysłem scenarzysty i reżysera, służących jedynie uwypukleniu cech, jakie doprowadzają Salieriego do... no właśnie - do czego?
O tym jednak za chwilę, na razie chciałem skupić się na stronie warsztatowej filmu, która w mojej opinii po prostu nie ma słabych punktów. Wszystko zostało należycie dopracowane - począwszy od scenografii (cudownych historycznych wnętrz pałaców i oper), do kostiumów. Wiele razy oglądałem ten film, a nie znalazłem w nim żadnych rażących oko uchybień - przeciwnie - w powietrzu unosi się prawdziwie duch epoki. To jednak rzeczy drugiego planu.

Czas "zająć się" aktorami, co jest zadaniem o tyle przyjemnym co trudnym. Przyjemnym, bo to co oglądamy na ekranie to po prostu aktorska maestria. Trudnym, ponieważ głębia psychologiczna postaci jest przedstawiona tak kunsztownie, że właściwie niemożliwe jest przeniknąć je do końca. "Amadeusz" to jeden z tych filmów, w których wszyscy aktorzy, zarówno pierwszego jak i drugiego planu grają na naprawdę wysokim poziomie. Brawa należą się więc Elizabeth Berridge, grającej Konstancję Mozart, na uznanie zasługuje Roy Dotrice jako Leopold Mozart i postać szczególnie przeze mnie lubiana - cesarz Józef II (którego znakomicie sportretował Jeffrey Jones), a także osoby z jego otoczenia.
Na koniec najważniejsza aktorska dwójka: Tom Hulce jako tytułowy Wolfgang Amadeusz Mozart i F. Murray Abraham grający Salieriego, będącego jednocześnie narratorem całej opowieści. Oni właśnie stworzyli jeden z najbardziej niezwykłych duetów, jaki miałem przyjemność oglądać. Z jednej strony Salieri - solidny acz jednak przeciętny rzemieślnik muzyki. Z drugiej Mozart - młody, arogancki i genialny, tworzący muzykę bez najmniejszego problemu. 

Początkowa fascynacja Salieriego Mozartem, o którym słyszał już od dziecka, stopniowo na naszych oczach przeradza się w zazdrość, gniew, a w końcu niszczycielską nienawiść. A wszystko to przez Muzykę - "boską Muzykę" jak określa ją Salieri. W tym miejscu należy zatrzymać się, by zachwycić niesamowitym pięknem Mozartowskich utworów. Jestem wielkim miłośnikiem muzyki klasycznej, a Mozarta stawiam ponad wszystkich, jednak muszę przyznać, że film Formana odkrył przede mną nowe, nieznane mi dotychczas oblicza słyszanych przecież wielokrotnie dzieł. Każdy utwór dobrany jest perfekcyjnie do sceny której towarzyszy - czy jest to radosny 22 koncert fortepianowy, który Mozart wykonuje przed cesarzem, czy zapierające dech w piersiach fragmenty największych jego oper - "Uprowadzenia z Seraju", "Wesela Figara", "Don Giovanniego" czy "Czarodziejskiego fletu" lub mszy - Wielkiej c-moll i słynnego Requiem d-moll. Muzyka w tym filmie żyje własnym życiem, to ona popycha bohaterów do działania, towarzyszy im. Wspaniałe interpretacje i wykonanie arcydzieł pod kierownictwem Neville'a Marrinera zapadają w pamięć na długo i przyznam się, że gdy słucham dzieł wykorzystanych w filmie przed oczami staje mi Mozart dyktujący Salieriemu Confutatis z Requiem, Salieri czytający rękopisy Mozarta czy pełna pasji scena finałowa "Don Giovanniego". Tak jak wspomniałem - to przez muzykę na naszych oczach Salieri z przeciętnego, ale w gruncie rzeczy dobrego człowieka przeistacza się w cichego, nieustępliwego wroga i prześladowcę Wolfganga. Tu trzeba wyraźnie zaznaczyć (i nie powiem niczego nowego), że upadek Salieriego nie byłby tak realistyczny i przez to przerażający gdyby nie mistrzostwo F. M. Abrahama. Jest on doskonały w każdej sekundzie - po prostu wierzę w każde jego słowo, widzę jak cierpi, jak walczy, razem z nim buntuję się przeciwko Bogu. Abraham stworzył wielką postać, którą pomimo wszystko trudno jest nam potępić, bo tak naprawdę reprezentuje ona nas wszystkich - wszystkie "miernoty tego świata", które nie chcą pogodzić się z tym, że ulubieńcy i wybrańcy Boga trafiają się raz na dziesiątki, a nawet setki lat, a jeśli już się pojawią, to po to, by z nas zakpić i pokazać słabość, do której nie chcieliśmy się przyznać. To jest właśnie siła oddziaływania tego filmu - mówi do wszystkich o wszystkich. Bo w gruncie rzeczy nie jest to (przynajmniej nie tylko) opowieść o Mozarcie, lecz o Salierim - zwykłym człowieku postawionym w sytuacji, z której nie potrafi wybrnąć i przez to traci wszystko.

Oczywiście bez postaci Mozarta tego filmu by nie było i na szczęście pojawiła się ona w takiej postaci, jaka dla tego kontekstu pasowała najlepiej, a wykreowana została przez wspaniałego Toma Hulce. Infantylny, zarozumiały, lekkoduch obdarzony boskim umysłem muzycznym - taki jest Mozart w wykonaniu Hulce'a. I nie jest to bynajmniej nagana - rzecz jasna, że Mozart w rzeczywistości nie zachowywał się tak, jak ten przedstawiony w filmie, lecz mimo to postać kompozytora nie tchnie sztucznością, przeciwnie, prawdopodobnie właśnie takie wyobrażenie o Mozarcie wielu z nas chce zachować. Amadeusz Toma Hulce'a doskonale wpisał się w historię destrukcyjnej obsesji Salieriego i z pewnością jest w stanie rozbawić, zachwycić i wzbudzić współczucie.

Ze wszystkich scen filmu, wśród których jest kilka o niezwykle potężnej sile oddziaływania i ładunku emocjonalnym, szczególnie poruszyła mnie jedna z ostatnich - scena cmentarna, gdy ciało Mozarta zostaje wrzucone do bezimiennego, masowego grobu. Jeden z największych geniuszy w historii potraktowany (o ironio) jak każdy z nas, w czym Salieri dopatrywał się kolejnej drwiny Boga. Ciała Mozarta do dziś nie odnaleziono. Przetrwała za to jego muzyka, którą dzięki dziełom takim jak "Amadeusz" możemy podziwiać i odkrywać wciąż na nowo. Gdy zasiądziemy znów, by obejrzeć arcydzieło Formana, po raz kolejny z Salierim przebędziemy długą i bolesną drogę miernoty skazanej na szarość i zapomnienie, a w uszach oprócz muzyki brzmieć będzie przenikliwy śmiech.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (53 głosy).
LukS626
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie