Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część VI - Powrót Jedi (1983)
Wojciech Paszkowski
Richard Marquand

Łabędzi śpiew Jedi

I oto wielka gwiezdna saga dobiegła końca. Miliony widzów na całym świecie wreszcie doczekały się zwieńczenia kultowych od samego początku przygód Luke'a i jego przyjaciół. Co prawda wszystko, co ...
Filmweb sp. z o.o.
I oto wielka gwiezdna saga dobiegła końca. Miliony widzów na całym świecie wreszcie doczekały się zwieńczenia kultowych od samego początku przygód Luke'a i jego przyjaciół. Co prawda wszystko, co najważniejsze dla serii zostało pokazane w dwóch poprzednich częściach, ale w "Powrocie Jedi" są sceny, do których można wracać: atak na drugą Gwiazdę Śmierci z fantastycznymi sekwencjami lotniczymi, parę genialnych wypowiedzi Obi-Wana, tytułowy powrót Jedi i oczywiście... Imperator. Tak, tak, owiany tajemnicą mistrz Vadera trzyma w zasadzie całą tę część. I choć zwiastowany Marszem Imperialnym pojawia się już na samym początku filmu, to jednak do historii przeszła ostatnia jego sekwencja, kuszenie Luke'a, któryż bowiem fan sagi z rozrzewnieniem nie wspomina sceny, kiedy usłyszał legendarne "I can feeel your anger", "So be it, Jedi" czy "Your almost mine". Scena ta jest wręcz tak dobra, że od jej powstania dziesiątki twórców próbują uzyskać podobnie dramatyczną końcówkę. Czasami wychodzi z tego coś interesującego (jak w "Adwokacie Diabła", ach ten Al), a czasami kompletnie beznadziejnego (jak W "Herosach"), ale żeby komuś udało się powtórzyć taką przewrotność oferty jak w tym filmie, jeszcze nie widziałem.

Wracając jednak do samego filmu. Po ucieczce z Bespin Luke wraca na Dagobah, żeby kontynuować trening, mistrz Yoda jednak umiera, a chłopak nie potrzebuje więcej nauki. Jest to o tyle dobre, że Imperium nie odpuszcza. W tajemnicy buduje drugą Gwiazdę Śmierci, którą rebelianci zamierzają oczywiście zniszczyć, tym bardziej że na inspekcję przyjechał osobiście Jego Dostojność (Impi oczywiście). Han z towarzyszami ma wyłączyć osłony, podczas gdy Luke stoczy pojedynek z Palpatinem. Dobrze się może o tym mówi, ale momentami w porównaniu z poprzednimi częściami "nic" się nie dzieje, a akcja przyspiesza na poważnie dopiero w drugiej połowie filmu. Tym niemniej bardzo przyjemnie ogląda się Luke'a wykorzystującego już nauki Jedi i do tego wyglądającego wreszcie jak poważny facet, a Ewoki mogą trochę irytować, ale są przyjemnie miłe w porównaniu z niewiarygodnie ciężkim "Imperium kontratakuje".

No i wreszcie końcowe starcie. Choć w trakcie filmu trochę za dużo mówi się o starciu Luke - Vader, to jednak robi ono wrażenie, a kiedy pierwszy raz widziałem, jak obrywa Darth, to po prostu skakałem ze szczęścia. Jak się okazuje – niesłusznie, Luke nie uległ Imperatorowi i zrezygnował z walki, a wiara w tkwiące w Vaderze resztki człowieka okazała się tak silna, że ten potrafił się jeszcze zdobyć na ostatnie ludzkie gesty.

Dość długo można by mówić, dlaczego tę część uważa się za najgorszą, że napięcie nie to, że Ewoki, że mało takich postaci jak Imperator (na samo wspomnienie jego tortur długo może przechodzić dreszcz), ale ja chciałbym powiedzieć o czymś innym. Drogie dzieci, dawno, dawno temu, w bardziej cywilizowanych czasach ducha Vadera grał niejaki Sebastian Shaw i choć był to stary pomarszczony białas, to miliony fanów kochały tego starego, pomarszczonego białasa, tym bardziej że scena powrotu Jedi jest być może najlepsza w całym filmie. Jakiż szok więc przeżyłem, kiedy okazało się, że Lucas postanowił wymienić go na jakiegoś dzieciaka. Lucas, czy ciebie Ciemna Strona opętała, czy fani już się dla ciebie nie liczą, Jedi w sercu nie masz czy co? Może fabularnie da się to jeszcze wytłumaczyć, ale emocjonalnie już nie. Zdradziłeś fanów Lucas, i parafrazując Dartha: "apology not accepted".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 39% uznało tę recenzję za pomocną (102 głosy).
_Andrzej_
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)