Recenzja filmu Źródło (2006)
Darren Aronofsky

Śmierć jest drogą do zbawienia

Przed "Źródłem" widziałem wszystkie filmy Aronofsky'ego, ten był ostatni w kolejce. Myślałem, że reżyser niczym mnie już nie zaskoczy. Myliłem się. Ten film zmiażdżył mnie niczym wybuchająca ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV Źródło (2006)
Przed "Źródłem" widziałem wszystkie filmy Aronofsky'ego, ten był ostatni w kolejce. Myślałem, że reżyser niczym mnie już nie zaskoczy. Myliłem się. Ten film zmiażdżył mnie niczym wybuchająca supernowa. Kompletnie nie spodziewałem się czegoś tak niesamowitego i magicznego. Darren przeszedł samego siebie (co dotąd wydawało mi się niemożliwe, z racji tego jak genialny był "Requiem"), zarówno pod względem filozoficznego podejścia do tematu jak i cudownej strony wizualnej.

Na początek zacznę od kapitalnego pomysłu umiejscowienia akcji w trzech epokach (lub też wymiarach). Kanwę opowieści stanowi współczesna historia naukowca próbującego znaleźć lek mogący wyleczyć jego ukochaną żonę chorą na raka. Niezwykłe, surrealistyczne podejście do tematu sprawia, że film jest bardzo oryginalny i trafia do wyobraźni widza, co jeszcze pozytywniej wpływa na końcową ocenę tego arcydzieła. Niesamowite jest to, że fabułę można interpretować na wiele różnych sposobów. Wcielenia Tommy'ego z przeszłości i przyszłości można potraktować jako prawdziwe reinkarnacje, co sprowadza się do filozofii buddyzmu, ale też jako metaforycznie ukazane dwie strony psychiki bohatera. Jedna chce za wszelką cenę zatrzymać śmierć i ocalić ukochaną żonę, a druga pozwolić jej odejść i samemu poczekać na swoją śmierć i przez nią połączyć się z nią na wieczność. Albo jeszcze inaczej: postać konkwistadora jest prawdziwą osobą z przeszłości, a podróż Toma przez bezdroża wszechświata jest obrazem drogi Tommy'ego w stronę zrozumienia istoty i sensu życia i śmierci. Te filozoficzne rozważania dodają filmowi magicznej otoczki niecodziennego zjawiska w tej dziedzinie sztuki.

Największym zaskoczeniem jest jednak Hugh Jackman. Z planu "X-Menów", gdzie głównym zadaniem aktora było napinanie potężnych mięśni od razu wskoczyć na najwyższą aktorską półkę to naprawdę wielki wyczyn Australijczyka. Nigdy bym nie podejrzewał Jackmana o tak rozwinięte umiejętności aktorskie (chociaż bardzo lubię go też z filmów o nieco mniejszych wymaganiach), a tymczasem u Aronofsky'ego zagrał rolę swojego życia, której nie powstydziłyby się wielkie nazwiska Hollywoodu. Jak zwykle błyszczy również Rachel Weisz, chociaż zdecydowanie na drugim planie, bowiem wszystkie reflektory zwrócone są na Jackmana.

O ile byłem pewny, że Clint Mansell jest świetnym kompozytorem, o tyle ten soundtrack wbił mnie tak głęboko w sprężyny fotela, że trochę zajęło mi, zanim się z nich wydostałem. Przedostatni utwór "Death is the Road to awe" to istne arcydzieło, z którym filmowych kompozycji równać się może naprawdę niewiele. Całość ścieżki muzycznej także stoi na najwyższym światowym poziomie. Aż czuć dreszcze na plecach.

Od początku mojej znajomości z twórczością Darrena Aronofsky'ego stawiałem go bardzo wysoko w rankingu najlepszych reżyserów świata. Po obejrzeniu ostatniego w kolejce jego filmu mam doskonały dowód, że Darren zajmuje w światowej czołówce całkowicie zasłużone miejsce. Jego niezwykłe podejście do każdego tematu jest absolutnie niepowtarzalne. Jego dzieła są głębokie, ale jak najbardziej zrozumiałe dla szerokiej widowni. Wymagają oczywiście przemyślenia wszystkiego, co się przed chwilą zobaczyło, ale Aronofsky nie ukrywa tego, co naprawdę chciał powiedzieć; wszystko jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko sięgnąć…

Jak już mówiłem na początku, świetna jest też strona wizualna. Sceny w panamerykańskiej dżungli, są niesamowicie klimatyczne, za co należy pochwalić Matthew Libatique'a, ale i tak ustępują iście genialnie ukazanej drodze Toma przez wszechświat w stronę umierającej gwiazdy. Wstęgi świecącego, złotego gazu mgławicy, i bezpośrednie otoczenie gwiazdy wyglądają naprawdę niesamowicie, ciężko uwierzyć, że to tylko wytwór grafiki komputerowej.

Wydaje się, że Darren osiągnął już sam szczyt swoim najbardziej niedocenionym dziełem, jakim jest "Źródło". Jednak lada dzień do polskich kin wejdzie "Czarny łabędź", więc nie wiadomo, czy ten zaledwie czterdziestoletni twórca nie wejdzie jeszcze wyżej, chociaż ciężko to sobie wyobrazić, patrząc na jego dorobek artystyczny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (86 głosów).
Robert_Sawyer
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie