Recenzja filmu Grindhouse: Death Proof (2007)
Quentin Tarantino

Śmiercionośny/śmiercioodporny

Co mam napisać na początek? Może, że Tarantino jest geniuszem? A skąd właściwie ja mam wiedzieć, kim on jest? Wiem jedno na pewno - ten gościu naprawdę kocha kino i uwielbia tworzyć filmy. Wiem ...
Filmweb sp. z o.o.
Co mam napisać na początek? Może, że Tarantino jest geniuszem? A skąd właściwie ja mam wiedzieć, kim on jest? Wiem jedno na pewno - ten gościu naprawdę kocha kino i uwielbia tworzyć filmy. Wiem też to, że dawno nie byłem tak usatysfakcjonowany i zrelaksowany pobytem w kinie, jak po zakończonym seansie "Death Proof". Szczerze mówiąc, wyszedłem z sali i zacząłem się zastanawiać: jak on to robi?

Przez blisko dwie godziny katował mnie rozmowami o niczym, zwykłym gadaniem o pierdołach. A ja co? A ja nie mogłem się oderwać od ekranu. Zapomniałem, że poza salą kinową istnieje jeszcze jakiś świat. Czego to dowodzi? Chyba tego, że w zalewie tandety i kompletnego wyprania z inwencji i pomysłów Tarantino po raz kolejny przywraca wiarę w magię kina.

No i co? No i jest sobie coś, co ma udawać fabułę. Kurt Russell powraca z niebytu jako Kaskader Mike (jak sam się przedstawia), który ma dosyć specyficzne zajęcie. Jego samochód to niezłe cacko - bohater mówi, że można w nim z prędkością 200 kilometrów na godzinę przywalić w mur dla samej frajdy, a i tak wyjdzie się bez szwanku. No tak, w końcu to prawdziwe auto prawdziwego kaskadera, nie? Stąd też specyfika zajęcia Mike'a.

Pamiętacie utwór Myslovitz "To nie był film"? Artur Rojek śpiewa tam: "Chciałbym sobie postrzelać / Wiesz, do dziewczyn na ulicy, w biały dzień, teraz / Nie do zwykłych dziewczyn, ale do tych najpiękniejszych / Chciałbym im patrzeć w oczy, jak marnieją i więdną".

Kapujecie? Kaskader Mike do nikogo jednak nie strzela, za to chętnie masakruje piękne dziewczęta w ich samochodach. Poza tym są tu też panienki, które są chyba jeszcze bardziej istotne od wspomnianego bohatera. W sumie jest ich osiem - niektóre wyjdą ze starcia lepiej, inne gorzej.

Czy mamy do czynienia z filmem ambitnym, arcydziełem w swym gatunku? A niby jaki to gatunek? Przecież to Tarantino - postmodernista idealny. Ambitny? Bzdura! Ten film jest wręcz prymitywny w swym bezwstydnym kiczu i żerowaniu na niskich instynktach. Taki też zresztą miał być. A ja siedzę w fotelu i bawię się w najlepsze, dziękując panu T. za to, co niestrudzenie robi.

Za to, że ma nie obchodzą go standardy współczesnego kina i za to, że serwuje widzom rozwleczone do granic możliwości dialogi (w tym obowiązkowe, w takiej sytuacji, gadki o filmach samochodowych, gdzie sporą rolę odgrywa choćby kultowy "Znikający punkt"). Za to, że umożliwił powrót Kurtowi Russellowi, tak jak wcześniej  TravolciePam Grier czy Davidowi Carradine'owi. Niegdysiejszy odtwórca roli Snake'a Plisskena chyba też powinien być wdzięczny, bo tu wreszcie pokazał talent i charyzmę, po tylu latach milczenia, lub też terminowania w produkcjach, o co najmniej wątpliwej jakości. Szkoda jedynie, ze to zapewne jego łabędzi śpiew, a nie wielki comeback, jak było to w przypadku  Travolty i "Pulp Fiction". Cóż, prawa rynku są jednak nieubłagane.

Twórca "Wściekłych psów" bawi się z widzem, kpi z jego przyzwyczajeń (przezabawny finał!) i robi to jak nikt inny. Ten facet nie ma widzowi kompletnie nic do przekazania i wyraźnie daje to do zrozumienia. Dla niego po prostu kino jest życiem. Dlatego jego bohaterowie snują pozbawione puenty rozmowy o dawno zapomnianych produkcjach klasy B, bo tak naprawdę, w każdym z nich reżyser umieszcza cząstkę siebie.
A ja? Ja siedzę teraz w domowym zaciszu i słucham na okrągło soundtracku z filmu, myśląc sobie: Ja chcę jeszcze raz!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 51% uznało tę recenzję za pomocną (61 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie