Recenzja filmu Superman: Powrót (2006)
Bryan Singer

Świat nie potrzebuje Supermana

Gdy Bryan Singer w 1995 r. nakręcił "Podejrzanych" z miejsca stał się najbardziej obiecującym reżyserem z USA. Wykorzystując formułę kryminału, stylistykę kina noir, stworzył pasjonującą historię ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdy Bryan Singer w 1995 r. nakręcił "Podejrzanych" z miejsca stał się najbardziej obiecującym reżyserem z USA. Wykorzystując formułę kryminału, stylistykę kina noir, stworzył pasjonującą historię pełną zwrotów akcji, nieustającego napięcia i zakończenia, które na stałe zapisało się w historii. Gdy w roku 2000 zajął się adaptacją komiksu "X-men" i udowodnił, że z komiksu można zrobić dobry film, który zachowa klimat oryginału, ugruntował swoją pozycję utalentowanego reżysera. Z drugą częścią "X-men" było już, co prawda gorzej, lecz gdy Singer ogłosił wszem i wobec, że zajmie się powrotem "Supermana", wydawało się, że ma w głowie jakąś przemyślaną wizję oraz że tchnie, w już wyeksploatowaną postać Supermana drugie życie.

Akcja filmu rozgrywa się sześć lat po zakończeniu drugiej części przygód naszego herosa. Podczas jego nieobecności skala przestępczości zdecydowanie wzrosła, skazany Lex Luthor stał się jednym z najpotężniejszych ludzi w Metropolis, a zwykli ludzie stracili już wiarę w sprawiedliwość. Z tym faktycznie niekorzystnym stanem rzeczy musi poradzić sobie człowiek ze stali.

Po seansie dopadło mnie wielkie zaskoczenie, w jaki sposób osoba, która unikała w swoich dziełach banalnych rozwiązań i hollywoodzkiej sztampy, tworzy film tak skrajnie przewidywalny i pozbawiony jakiejkolwiek indywidualnej rysy? Obraz tak płytki, tak wtórny, który absolutnie nic do dziedziny filmu nie wnosi, a o którym za parę lat pamiętać będą jedynie najbardziej zagorzali fani tej postaci.

Superman, ikona amerykańskiej pop-kultury jest w ujęciu reżysera bohaterem jeszcze mniej ciekawym niż na kartach komiksu. Żadne zagrożenie nie jest mu straszne, ponieważ albo na coś dmuchnie, albo coś podniesie albo coś przepali. Nie ma także znamion osobistej tragedii, bo nie możemy uznać za nią płaczliwych komentarzy i niemożności znalezienia sobie miejsca na Ziemi przez odmieńca. Całkowicie likwiduje to jakiekolwiek napięcie wynikające, czy to z akcji, czy interakcji poszczególnych postaci. Od początku do końca wiemy, że głównemu bohaterowi nic nie grozi, a złoczyńca zostanie ukarany. Jednym słowem wszystko rozgrywa się w wesołej, familijno-popcornowej atmosferze. Nawet zapowiadane jako innowacyjne efekty specjalne i kosmiczny budżet nie pomogły, gdyż filmowi brakuje spektakularnych scen i efektownych batalii, które ożywiłyby ta drętwą historię.

Drętwe i nijakie jest także aktorstwo Brandona Routha (Superman) i Kate Bosworth (Louis Lane). Młody i niedoświadczony aktor nie udźwignął pierwszoplanowej roli, nie potrafił zaznaczyć swojej odrębności, przez cały czas grając na jednej patetycznej nucie. Dobrano go chyba tylko ze względu na łudzące podobieństwo do Christophera Reeve'a oraz jego niską gażę. Kate Bosworth pasuje bardziej do przeciętnej komedii romantycznej niż do postaci energicznej dziennikarki, łączącej w sobie twardą osobowość i niebanalną inteligencję. Kate Bosworth także nic nowego do postaci Louis Lane nie wnosi, opiera swoją grę aktorską na krzyku, zdziwieniu i innych wytrzeszczach twarzy oraz denerwującej manierze gwiazdy. Jedynym ogniwem, na którym można się oprzeć i dzięki któremu można przetrwać jest Kevin Spacey i jego maniakalno-obłąkańczy Lex Luthor, który jako jedyny wynurza się z bagna beztalencia i morza drętwoty. Jak na złoczyńcę przystało, ukradł on cały film, dzięki umiejętnej autoironii i zabawy odtwarzaną przez siebie postacią. Co klasa to klasa. Mam nadzieję, więc, że w myśl eseju Lois Lane "Świat nie potrzebuje Supermana" nikt nie odważy się zrobić kolejnej kontynuacji. Czyżby nadzieja znowu okazała się matką głupich?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
SQNboy
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)