Recenzja filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)
Maria Sadowska

50 twarzy Michaliny Wisłockiej

O ile współcześnie edukacja seksualna jest na porządku dziennym, o tyle w czasach PRL oraz wszechobecnej cenzury była nie tyle zakazana, co spychana na margines społecznego rozwoju i oświaty ...
Filmweb sp. z o.o.
O ile współcześnie edukacja seksualna jest na porządku dziennym, o tyle w czasach PRL oraz wszechobecnej cenzury była nie tyle zakazana, co spychana na margines społecznego rozwoju i oświaty obywateli. Propaganda wyrażała się dosadnie: seks służy rozmnażaniu. Pojawia się jednakże Michalina Wisłocka, seksuolog, kobieta wyzwolona i śmiała do zrewolucjonizowania życia seksualnego Polaków. Ba! Wisłocka oducza Polaków kopulacji, a edukuje w dziedzinie erotyki, sztuki uprawiania miłości, sztuki kochania (się). I jak przedstawia to najnowszy film o jej życiu, "Sztuka kochania", robi to dobrze. 

Swoją recenzję pragnę zacząć od obsady, gdyż zadziwiła mnie trafność doboru aktorów do postaci. Po obejrzeniu filmu "Różyczka" byłam przekonana, że Magdalena Boczarska znakomicie poradzi sobie z tą dość odważną kreacją Michaliny Wisłockiej. Tak też się stało - fenomenalnie odegrała kobietę, dla której nie ma barier, która jest - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - bezwstydna i prosta w swoim działaniu. Nie brakuje jej oczywiście kobiecości - Boczarska nie raz udowadnia, że Wisłocka była kobietą z krwi i kości, która potrzebuje miłości i normalności. Mówiąc o miłości nie mam na myśli fizycznego aktu, ale głębokiego uczucia, które daje poczucie stabilności i bezpieczeństwa. "Seks cementuje miłość (...) żeby ludzie się nie zdradzali", mówi Wisłocka. Nie odkryła tym samym Ameryki, przynajmniej dla nas, ludzi XXI wieku. Ale czy było to powszechnie wiadome w latach '70? Czy seks służył tym ludziom do czegokolwiek innego, niż płodzenie potomków? Nie mówimy oczywiście o wspólnotach hippisowskich, ale o przeciętnych polskich rodzinach, których życie polegało na pracy i wracaniu po pracy do domu. A z domu do pracy... I można by tak długo, ale wiemy, że to koło się zapętla. Wisłocka zjawia się z czymś nowym, intrygującym i onieśmielającym zarazem. Z czymś, co sprawi, że życie będzie lepsze.

photo.title   photo.title   photo.title

Wracając do poprzedniego akapitu, stwierdziłam, że dobór aktorów do postaci jest zadziwiający. Największym zaskoczeniem jest dla mnie Eryk Lubos, odgrywający w filmie rolę Jurka. Marynarz, namiętny kochanek, znawca tantry i technik doprowadzania kobiet do orgazmowego obłędu. Lubos jest znakomity. Surowa uroda i - proszę wybaczyć - twarz poniżej przeciętnej... Ale jego gra aktorska, ten wzrok! Przygotowanie do roli na najwyższym poziomie. Pozytywnie zaskoczył mnie również Piotr Adamczyk, w filmie jako Stanisław, pierwszy mężczyzna Wisłockiej.

Film, choć z natury biograficzny, ma ciekawą fabułę. Życie pisze najlepsze scenariusze, a "Sztuka kochania" jest tego najlepszym dowodem. Akcja nie jest zbyt wartka, nie ma też sensacyjnych zwrotów akcji - co nie oznacza, że film nudzi. Sama tematyka filmu, nawet jeżeli chciałaby, nie potrafi być nudna. Niezmiennie słowo "seks" wywołuje w ludziach emocje. Dobrym przykładem na to jest chociażby cieszący się sporo popularnością film "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Swoją drogą, jeden z najsłabszych i najbardziej infantylnych, jeżeli mowa o erotyce. 

Niezwykle cieszy mnie, że muzykę do filmu skomponował Radzimir Dębski. Ogromny talent, jednak odrobinę niedoceniony w polskim przemyśle muzycznym. Cieszę się, że został dostrzeżony i zaangażowany przez Marię Sadowską (reżyser filmu). W muzyce czuć powiew nowości i to absolutnie nie przeszkadza. Sama Wisłocka wprowadza "innowacje", więc dlaczego nie pozwolić na to Dębskiemu

photo.title

Przechodząc do sedna sprawy, czyli nagich scen - są i mogą co nieco szokować pewną część publiczności. Polskie kino już nie raz udowodniło, że nie szczędzi widzom nagości w surowym, pełnym mięsa wydaniu. I za to je lubię! Jakżeby film o seksie miał odbyć się bez scen erotycznych? Co najważniejsze, sceny seksu w "Sztuce kochania" są erotyczne, ale nie wulgarne. Zarzuty w stylu "Jak można wpuścić do kin film porno" prędzej kierowałabym do niesmacznego "Sausage Party", który do dziś pozostawił we mnie obrzydzenie i odrazę.

Tytuł recenzji nie jest przypadkowy. Fascynacja Christianem Greyem i jego "wiedzą" na tematy seksu - o ile rzeczywiście takowa istnieje - powinna ustąpić w każdym rozsądnym Polaku, który poznał historię Michaliny Wisłockiej. To dopiero jest mentor. Cudze chwalicie, swego nie znacie. Cytując klasyka: "Who the f**k is Christian Grey?".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
blondynkawkinie
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o