Recenzja filmu Batman i Robin (1997)

A ja myślałem, że moje dowcipy są kiepskie

Tytuł to jedna z wielu zostających w pamięci kwestii, jaką w "Mrocznym rycerzu" wypowiedział Joker. Sam film jest dotychczas bezkonkurencyjnie najlepszym obrazem o Człowieku-Nietoperzu. Stanowi więc idealne przeciwieństwo "Batmana i Robina", czyli produkcji, która była rzekomo o Batmanie, a samego Batmana w niej nie uświadczyłem.

Tym razem niestrudzony obrońca Gotham będzie musiał stawić czoło Mr. Freeze'owi. Jego celem jest zaprowadzenie na terenie całego miasta drugiej epoki lodowcowej. Na domiar złego, sprzymierzył się on z Trującym Bluszczem, kobietą równie piękną, co śmiertelnie trującą (i to dosłownie). Mroczny Rycerz, w tym starciu, też nie będzie jednak zdany wyłącznie na siebie. Zyskał bowiem wspólnika w postaci Robina. Co więcej miasto wzbogaca się wkrótce o kolejnego ochroniarza, tym razem płci pięknej, Batgirl...

Przed "Batmanem i Robinem" światło dzienne ujrzał "Batman Forever". Oba filmy wyszły spod ręki Joela Schumachera. Jest on dobrym rzemieślnikiem, jednak przygoda z Człowiekiem-Nietoperzem będzie do końca jego kariery pokaźną rysą w CV. Schumacher objął stołek reżyserki po Timie Burtonie. Paradoksalnie doszło do tego z powodu aż za dobrej pracy Burtona. "Powrót Batmana" dla większości rodziców okazał się bowiem zbyt mroczny i zaczęli oni protestować. Studio zmieniło więc koncepcję serii z ponurej i rzeczywiście mrocznej na kolorową baję. Tak więc "Batman Forever" był początkiem końca Batmana, natomiast recenzowany film całkowicie go pogrzebał.

Już po opisie fabularnym możemy się domyślić, że nic nie jest w tej produkcji na swoim miejscu. Przede wszystkim w oczy rzuca się nazbyt duża liczba postaci. Trio obrońców i tyleż samo złoczyńców (Trujący Bluszcz ma jeszcze pomocnika). Zdecydowany przerost formy nad treścią. Dodatkowo wszystkie postaci mają kostiumy barwniejsze niż stroje w kinie Bollywood. To wszystko sprawia, że na ekranie panuje istny chaos. Po prostu kompletna wolna amerykanka bez żadnych ograniczeń. To był ekspresowy skrót wszystkich mankamentów. Teraz rozwinę po kolei każdy wątek.

Jednym z niezliczonych minusów "Batman i Robin" jest aktorstwo. Ten element wypadł wręcz beznadziejnie. George Clooney pasuje do ratującego życie chirurga bądź zmagającego się ze sztormem rybaka, jednak w roli Batmana kompletnie się pogubił. Był sztywny, jakby mu wepchnięto pod kostium kij bambusowy, a choćby za odrobinę naturalności, obiecano go nim zdzielić całą serią batów. Nie lepiej zaprezentował się Chris O'Donnell. Jednak nie można było niczego innego oczekiwać. W końcu Robin był uczniem i pomocnikiem Batmana. Skoro więc sam mistrz prezentuje się drętwo, to uczeń musi być jeszcze sztuczniejszy. O'Donnel osiągnął ten wynik bez najmniejszych kłopotów. Przyszła kolej na największe męskie rozczarowanie. Arnold Schwarzenegger w roli głównego złoczyńcy wypadł równie słabo. Nie będę się jednak na nim rozpisywał. Za bardzo lubię aktualnego Pana Gubernatora. Omówiłem męską część obsady, więc pora przejść do żeńskiej. Od razu powiem, że poziom zera absolutnego został zachowany. Uma Thurman wypaczyła kreację Trującego Bluszczu do granic możliwości. Odniosłem wrażenie, że wszyscy aktorzy założyli się, kto zagra najgorzej. Jeśli tak było, to naprawdę trudno mi wskazać zwycięzcę. Rola Batgirl, w którą wcieliła się Alicia Silverstone, w ogóle jest dla mnie zbędna. O poziomie aktorstwa już nie będę pisał. Nie chcę się n-ty raz powtarzać.

Teraz muzyka. Chyba muszę zainwestować w aparat słuchowy, gdyż ścieżki dźwiękowej  w ogóle nie pamiętam. Zastanawiam się, czy w tym całym bałaganie, wzięto ją chociaż pod uwagę. Zresztą mniejsza z tym. "Batman i Robin" nie ma kompletnie nic do zaoferowania. Muzyka dostosowała się poziomem do reszty.

Batman zwany jest też Mrocznym Rycerzem. Opowieści o nim powinny być więc mroczne. Tymczasem "Batman i Robin" to przesycona kolorami bajeczka. Paleta barw jest nieskończona, co spowodowało, że miałam dość tego przesytu po kilku początkowych minutach. Jeśli bowiem chciałbym pooglądać tęczowy kicz, w dodatku mistrzowsko zaserwowany, to sięgnąłbym po inne kino, choćby po bollywoodzkie "Czasem słońce, czasem deszcz" czy Burtonowskiego "Charlie'ego i fabrykę czekolady". Niestety przepych widoczny jest w każdym kadrze "Batmana i Robinna". Stanowiło to jeden z wielu czynników całkowitej klęski tego filmu.

Kolejnym jest humor, który w ogóle nie śmieszy. Nie śmieszy dlatego, że w ogóle nie powinno go być. Batman to nie jest komediowy bohater. Inna sprawa to fakt, że nawet gdyby nim był, to przedstawione żarty i tak by się nie sprawdziły. Są one wyjęte prosto z rynsztoka i nie mają szans rozbawić widza.

Przepych kolorów, marny humor, zbyt wiele postaci... Wszystkie te czynniki powodują, że na ekranie panuje kompletny zamęt. Chaos sięga apogeum zaraz na starcie i utrzymuje maksymalny poziom do samych napisów końcowych. Miałem wrażenie, że na planie w ogóle nie było reżysera. Najgorszy jest jednak fakt, że w gruncie rzeczy Schumacher wywiązał się ze swego zadania. Producenci od samego początku chcieli bowiem, by ten film był infantylny i "potłuczony" pod każdym względem.

Kostiumy również są okropne. Oczywiście wdzianka Batmana i Robina znów mają sutki (sic!). W ogóle są robione pod kątem masowego upodobania homoseksualistów. Krótko mówiąc: wyglądają beznadziejnie. Ubranko przywdziewane przez Arnolda jest równie kiepskie, jednak spośród wszystkich chyba najlepsze. Żeńskie kostiumy projektowano natomiast z myślą o masowych erekcjach napalonych nastolatków. Pewnie niejedna nastąpiła, zwłaszcza przy zbliżeniach Silverstone. Kostium Thurman pewnie też rozbudził popęd niejednego dzieciaka, jednak on raczej ustępuje przebraniu Batgirl. Jakie by jednak nie były upodobania amerykańskiej młodzieży, jeden fakt pozostaje niezmienny. Wizja onanizującego się pryszczatego nastolatka, tylko dodatkowo mnie zniesmacza. Brrr.

Zanim przejdę do zakończenia, parę słów poświęcę ostatniemu czarnemu charakterowi. Mam na myśli Bane'a, czyli pomocnika Trującego Bluszczu. W polskiej wersji językowej jego imię przetłumaczono jako "Zguba".  Zgubą był pewnie mózg osoby, która wpadła na ten "genialny" pomysł. Wracając do samej postaci. W całym komiksowym uniwersum Batmana, Bane był jedynym antagonistą, który złamał Człowieka-Nietoperza. Złamał go w sensie dosłownym, a dokładniej jego kręgosłup. W filmie Schumachera jest on natomiast bezmózgim, posłusznym jak baranek mutantem. Spartaczenie tej postaci pewnie niejednego fana Mrocznego Rycerza odesłało na oddział intensywnej terapii.

Tytułowe zdanie mogą z ulgą wypowiedzieć wszyscy, którzy uważali się za złych komediantów. Schumacher, wypuszczając "Batmana i Robina", stał się autorem najgorszego dowcipu w historii. Ten żart uśmiercił Batmana na długie lata. Zresztą nie ma się czemu dziwić, bowiem  "Batman i Robin" jest totalnym nieporozumieniem. Osobiście zaraz po seansie jedyne, co chciałem zrobić, to umieścić w Arkham każdego, kto przyłożył rękę do tej profanacji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 59% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).
Barcelonismo
ocenia ten film na:
1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o