Recenzja filmu Matrix Reaktywacja (2003)
Lilly Wachowski
Lana Wachowski

A mogło być tak pięknie

"A mogło być tak pięknie..." - tych słów recenzenci często używają w wypadku kontynuacji. I ja pozwolę sobie je wykorzystać, pisząc o "Matriksie: Reaktywacji". Więc: mogło być tak pięknie - ...
Filmweb sp. z o.o.
"A mogło być tak pięknie..." - tych słów recenzenci często używają w wypadku kontynuacji. I ja pozwolę sobie je wykorzystać, pisząc o "Matriksie: Reaktywacji". Więc: mogło być tak pięknie - lekko, trochę strasznie, trochę śmiesznie... Niestety, nie jest. "Matrix" najwyraźniej był zjawiskiem, można nawet by rzec: fenomenem, który już się nie powtórzy.

Czego zabrakło? Na pewno wdzięku, na pewno atmosfery - pierwsza część potrafiła stworzyć fascynująco - klaustrofobiczną atmosferę przyszłości, po której w "Reaktywacji" nie ma ani śladu. Zabrakło też napięcia - słynny pościg na autostradzie nie wzbudził we mnie żadnych emocji, co najwyżej zniecierpliwienie, że trwa za długo. Co do filozoficznych rozważań - nie prowokują, nie zachęcają do samodzielnych poszukiwań intelektualnych - są po prostu jak jeszcze jedna pozbawiona smaku przyprawa w mdłym i bezbarwnym sosie. Próżno też szukać w nowym "Matriksie" autoironii - a przynajmniej nie ma jej w scenach, w których zdecydowanie mogłaby się pojawić (vide: patetyczna scena miłosna między Neo i Trinity, czy pretensjonalne wypowiedzi Morfeusza, nie wspominając już o wątku nieszczęśliwej miłości tego ostatniego do Niobe, wątku, który pewnie w "Rewolucjach" zostanie rozbudowany i dodatkowo polany ckliwością, co może już okazać się zupełnie nie do wytrzymania).

No i wreszcie aktorstwo, które nawet w pierwszej części nie było najmocniejszym punktem. Tu jest jeszcze gorzej. Dobrze, że chociaż Hugo Weaving jako "agentostwo Smithostwo" (bo jak inaczej nazwać te postacie?) trzyma niezły poziom i nie stracił charyzmy. Natomiast nadęty Laurence Fishburne czy bezbarwni Adrian i Neil Raymentowie (bliźniacy) to już zupełnie inna bajka. Ale najgorzej, najpatetyczniej i jednocześnie najbardziej nijako wypada Keanu Reeves. W "jedynce" bardzo pomógł mu ciekawy scenariusz, ale tutaj, gdy scena za sceną okazuje się fatalna, nic nie jest w stanie ukryć, jak bardzo drętwe i żałosne jest jego aktorstwo (vide: choćby scena z twórcą Matriksa). A może po prostu nie chciało mu się wysilać? Mnie przy tak niskim poziomie scenariusza, a jednocześnie i tak pewnym sukcesie kasowym, chyba też by się nie chciało...

Podsumowując: legenda umarła. Sami Wachowscy udusili ją swoimi ciężkimi łapami. Oby "Rewolucje" chociaż nie okazały się gorsze... To by już było drugie "Pearl Harbour".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
arwen07
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)