Recenzja filmu American Gangster (2007)
Ridley Scott

American Dream

Jeśli ktoś by mnie obudził w środku nocy i kazał szybko wskazać filmowego rzemieślnika, którego można darzyć sympatią, to z pewnością bez wahania w głosie rzuciłbym nazwisko Ridleya Scotta. ...
Filmweb sp. z o.o.
Jeśli ktoś by mnie obudził w środku nocy i kazał szybko wskazać filmowego rzemieślnika, którego można darzyć sympatią, to z pewnością bez wahania w głosie rzuciłbym nazwisko Ridleya Scotta. Twórca ten ma niebywałą umiejętność kręcenia naprawdę solidnego kina, które pomimo sporej dawki schematów i wyraźnej komercyjnej otoczki, ogląda się z uśmiechem na twarzy i wyrazem szacunku w duchu. Bo seans "American Gangster" to zacnie spędzone dwie godziny, a fakt, że co drugi element obrazu ociera się bezwstydnie o sztampę, autentycznie nie przeszkadza nikomu. I trzeba to podkreślić, bo dalej padnie kilka ostrych słów, tymczasem końcowa ocena pozostanie względnie pozytywna.

Scott opowiada nam historię, którą można by określić jako mieszankę "Serpico", "Gorączki" i "Ojca chrzestnego". Z każdego z tych dzieł czerpie to, co najlepsze, ale w rezultacie do pięt nie sięga żadnemu, co nasuwa przypuszczenie, że potencjał filmu nie został wykorzystany nawet w połowie.

"American Gangster" to oparta na faktach, opisanych w artykule Marka Jacobsona "The Return of Superfly", opowieść o Franku Lucasie - narkotykowym bossie z Harlemu, który na przełomie lat 60. i 70. zrewolucjonizował handel heroiną w USA, sprowadzając ją prosto z ogarniętej wojną Azji. Eliminując pośredników i przemycając towar w trumnach i bagażach walczących w Wietnamie żołnierzy, gangster był w stanie wprowadzić na ulicę narkotyki lepszej jakości i o połowę tańsze niż konkurencyjna włoska mafia. Początkowo nikt nie wierzył, że czarnoskóry bandzior znikąd byłby w stanie pokonać Włochów i przejąć władzę na ulicach Nowego Jorku. Tylko detektyw Richie Roberts, prowadzący śledztwo przeciw rosnącej fali narkotykowej, zorientował się, że gangsterskie interesy objął nowy człowiek. Za cel honoru obrał sobie zdobycie dowodów przeciw Lucasowi i postawienie go przed sądem.

Przed premierą głośno było o tak zwanym starciu gigantów. Pupilek starszego Scotta, Russell Crowe, miał zmierzyć się z ulubieńcem młodszego - Denzelem Washingtonem. Obaj aktorzy należą bez wątpienia do hollywoodzkiej elity, zapowiadało się więc na soczystą konfrontację, jak w "Gorączce", gdzie świadkami byliśmy prawdziwego koncertu Ala Pacino i Roberta De Niro. Pozornie wszystkie elementy składają się właśnie na aktorski pojedynek. Lucas przedstawiony jest jako odważny przedsiębiorca z wizją, człowiek sukcesu, który godzi swoją przestępczą działalność z umiłowanym, stawianym ponad wszystko życiem rodzinnym. Washington tworzy majestat Lucasa w sposób dość tradycyjny – jak to w kinie bywa, stara się zdobyć przychylność widza. Jest pewny siebie, nonszalancki, elegancki i ściśle przestrzegający narzuconych sobie zasad. Roberts na pierwszy rzut oka jest kompletnym przeciwieństwem Lucasa – je byle co, ubiera się byle jak i walczy ze swoją byłą żoną o prawa do opieki nad synem. Ale w zestawieniu ich ze sobą, okazuje się, że mają wiele wspólnego. Bohater Crowe’a także ma swój kodeks etyczny, którego się ściśle trzyma. Jak wtedy, gdy oddaje milion dolarów skonfiskowane handlarzom narkotyków, a tym samym podpada skorumpowanym kolegom po fachu. Z kolei Lucas jest dumny z zachowania zasad "uczciwego" biznesu. Obaj także potrafią w pełni poświęcić się temu, co robią, więc gdy dochodzi wreszcie do ich spotkania, widzimy, jak okazują sobie szacunek, pomimo wszelkich podziałów. Ale ta konfrontacja następuje zbyt późno, żebyśmy odczuli atmosferę pojedynku – nie tylko aktorskiego, ale w ogóle między bohaterami tej opowieści.

Czarny charakter zawsze jest łatwiejszy do zagrania, wokół takiej postaci nie trudno zbudować aurę fascynacji. Znacznie trudniej wcielić się w rolę bohatera pozytywnego, zadanie ułatwia nadanie mu szarości. Te jednak filmowcy zawsze biorą z tego samego worka – spaprane życie osobiste, problemy z alkoholem. Scott oryginalny tutaj nie jest. Perypetie Robertsa do bólu przypominają "Serpico", w którym Pacino grał ostatniego sprawiedliwego gliniarza. Jest tak uczciwy, że absolutnie nikt go nie lubi, jego rygorystyczne zasady, zamiast go chronić i pozwalać jak najlepiej wykonywać swoją robotę, narażają jego życie na niebezpieczeństwo. Musi nie tylko patrzeć za siebie, czy nie celuje w niego jakiś gangster, ale też przed siebie i na boki, gdzie powinni stać inni policjanci, jego kumple, a w rzeczywistości stoją wrogowie, wściekli za to, że nie wziął tamtej kasy – wiedzą, że przy nim sami nic nie mogą wziąć. Ale Scott Sidneyem Lumetem nie jest, nie potrafi uwiarygodnić sytuacji Robertsa, czyni ją przerysowaną. Nie dziwią protesty nowojorskich stróżów prawa, których reżyser kreuje na przekupnych bandziorów, których od Lucasa różni tylko odznaka.

Film Scotta siada także pod względem moralnym. Zaczerpnięte z "Ojca chrzestnego" krzyżowanie życia przestępczego z rodzinnym, Scott wykorzystuje w innym niż Coppola celu. W gangsterskim klasyku owo godzenie tradycji i wartości patriarchalnych z działalnością mafijną, obnażało hipokryzję rodu Corleone. Zdradzało jak nisko może upaść człowiek, do czego prowadzi go akt przemocy, kradzieży i morderstwa. Scott tymczasem przedstawiając Franka jako ojca rodziny, zyskuje dla niego przychylność widza, jego poklask i życzenie powodzenia. Gdy na koniec filmu Lucas wychodzi z więzienia, na jego twarzy nie maluje się poczucie winy. Narkotykowe imperium gangstera, jego szybko osiągnięte bogactwo wzbudzają podziw i fascynację, a nie moralne wątpliwości. A przecież to właśnie Frankowi Lucasowi USA "zawdzięcza" popularyzację narkotyków wśród młodzieży i czarnoskórych mniejszości.

Te wszystkie uchybienia i nietrafione reżyserskie i scenariuszowe decyzje mieszają się z doskonale uchwyconą, funkową atmosferą Harlemu i Brooklynu lat siedemdziesiątych, kapitalnym, choć niewykorzystanym w pełni aktorstwem, zarówno obsady pierwszo- jak i drugoplanowej oraz typowym dla Scotta umiejętnie budowanym napięciem. Szybki montaż i czarna muzyka zwiększają poziom adrenaliny, a film akcji to przecież nie jest. To rzemiosło, skrojone w doskonałe kształty kina rozrywkowego. Tym samym ciężki kaliber tematyki filmu ląduje w koszu, a króluje kino ciekawe, przyjemne i niezobowiązujące. Szkoda tylko, że kłoci się to z tymi pojedynczymi obrazkami, które w swoją opowieść wplótł Scott. Jak np. to, na którym dziecko płacze obok ciała swojej zaćpanej matki czy zbliżenia igieł wbijanych po stokroć w przedramię.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)