Recenzja filmu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki (2008)
Steven Spielberg

Amerykańskie wyobrażenie o archeologii

O czwartej części przygód najbardziej rozpoznawalnego doktora archeologii wiele opinii usłyszałem i przeczytałem - a większość z nich nie zostawiała na filmie suchej nitki. Tak więc byłem ...
Filmweb sp. z o.o.
O czwartej części przygód najbardziej rozpoznawalnego doktora archeologii wiele opinii usłyszałem i przeczytałem - a większość z nich nie zostawiała na filmie suchej nitki. Tak więc byłem przygotowany na naprawdę kiepski film, zrobiony tylko dla pieniędzy, z rozpaczliwie błagającym o dopracowanie scenariuszem. No i teraz mam problem: albo wskutek obejrzenia w ostatnich miesiącach kilkudziesięciu naprawdę słabych filmów moje standardy mocno się obniżyły, albo nie jestem fanem spoconego i nieogolonego Harrisona, a co za tym idzie nie traktuję trzech pierwszych "Indiana Jonesów" jako świętości i nie mam nic przeciw zrobieniu filmu balansującego na skraju parodii oryginału - ponieważ, szczerze mówiąc, świetnie się bawiłem przy nowych przygodach Jonesa, takich, jakie mógłby wyreżyserować Mel Brooks. Choć, rzeczywiście - film powstał dla pieniędzy, a scenariusz rozpaczliwie wymaga doszlifowania.

Historia rzeczywiście jest prosta, całkowicie przewidywalna i ułożona według schematu ustalonego przez poprzednie filmy z Indy'm, dziur logicznych tyle, że wystarczyłoby na trzy zwykłe filmy przygodowe, a Shia LaBeouf w roli córki Jonesa jest równie irytujący, co Shorty (Jonathan Ke Quan) z "The Temple of Doom"... No dobrze, to podobno ma być syn Jonesa, a osoba grająca go podobno jest płci męskiej - ale zachowuje się, wygląda i brzmi jak najbrzydsze, najbardziej bezradne i upierdliwe małoletnie babsko na świecie. Skoro mój stosunek do latorośli stetryczałego głównego bohatera mamy z głowy, pora na wspomnienie o fabule.

Jones spotyka swego dzieciaka (LaBeouf) i , chociaż obaj nie wiedzą, że są spokrewnieni, wyrusza z nim na poszukiwanie innego stetryczałego naukowca (John Hurt), kryształowej czaszki i El Dorado, po drodze walczy z komuchami bliżej nieokreślonego pochodzenia (osoba, z którą oglądałem film twierdzi, że zna język rosyjski, a także że filmowi "Rosjanie" mówią jakąś mieszaniną ukraińskiego i prawdopodobnie esperanto, ale na pewno nie po rusku. Ja wiem tylko, że podczas pościgu przez kampus komuch powiedział coś, co brzmiało jak nasze swojskie "sukinsyn") symulującymi Rosjan. Ruskiej superagentce marzy się odblokowanie mocy, do jakich klucz stanowi czaszka, które to moce według niej umożliwiają kontrolowanie umysłów wszystkich istot ludzkich na Ziemi. Potem okaże się, że mrówki też są do pewnego stopnia podatne na kontrolę umysłu. Jones spotyka jeszcze zdrajcę z brytyjskiego wywiadu (Ray Winstone), swoją miłość (Karen Allen) z "Raiders of the lost ark", aby wreszcie przed napisami końcowymi się ożenić. Aha, niestety, cięty język Jonesa uległ niejakiemu przytępieniu - błyskotliwa riposta według Indiany z nowego filmu to powtórzenie raz już wypowiedzianej kwestii, ale z dodaniem silnie zaakcentowanego wyrazu "towarzyszu". To w zasadzie wszystko, o czym warto wspomnieć... No, są jeszcze kosmici - ale znowu, nie zdradzam wielkiej tajemnicy, bo wszystko i tak staje się jasne między 5 a 10 minutą filmu. Do tego obrzydliwa ilość komputerowych efektów specjalnych, małpki i pieski pustynne - choć może to były świstaki, ciężko mi stwierdzić, ja znam się tylko na bobrach.

Film przekonał mnie, że muszę kupić dla każdego członka rodziny po lodówce, takiej wykładanej ołowiem - tak na wypadek ataku nuklearnego. Do tego zauważyłem, że Jones i zdrajca najwyraźniej przyjechali z Meksyku do Area 51 w bagażniku - dość intymna i aromatyczna podróż dla dwóch spoconych, podstarzałych, mających zapewne kłopoty z kontrolą pęcherzy geriatryków. Kolejnym interesującym faktem może się okazać to, że kiedy KGB wysyła swoich najlepszych ludzi aby od środka rozwalali przegniły, kapitalistyczny imperializm - wysyła półdebili, fatalnie znających angielski, mówiących z silnym słowiańskim akcentem. Z drugiej strony - na obu kontynentach amerykańskich jest tych agentów tylu, że stosunek komuchów do przegniłych imperialistycznych kapitalistów wynosi 5:1, co tłumaczy, dlaczego walka z komunizmem trwała aż 45 lat - gdyby tych czerwonych było mniej, Amerykanie rozprawili by się z nimi zanim Elvis nakręcił "Jailhouse Rock". To wszystko to dopiero czubek wierzchołka tej części góry lodowej, która wystaje ponad wodę - ale zawsze w przygodach Jonesa brak realizmu, widowiskowość i takie efekty specjalne, na jakie pozwalała aktualna technologia brały górę nad zdrowym rozsądkiem. A drobny fakt, że doktor archeologii dewastuje kolejne napotkane na swej drodze relikty, ba! – całe miasta pradawnych cywilizacji podkreśla tylko, jakie jest amerykańskie podejście do owej archeologii.

Jednak film ma też kilka miłych momentów. Nie brakuje w nim humoru, nawet jeśli nie jest on najwyższych lotów, co ułatwia wytrwanie do końca seansu. Zdarzają się odniesienia do poprzednich części - kiczowate, jak roztrzaskana skrzynia w Area 51 zawierająca arkę przymierza, ale są też bardziej subtelne, jak Ford naśladujący grę Seana Connery'ego z "The Last Crusade", gdy wykłada dzieciakowi ezoteryczne obszary wiedzy o El Dorado. Dialogi starają się osiągnąć efekt komiczny i zaskakująco często im się ta sztuka udaje, węże wciąż pozostają nieuniknionym składnikiem w przygodach wężofoba Jonesa... Generalnie, gdy już odrzuciłem sentymenty, jakie żywię do oryginalnej jonesowej trylogii (nieodmiennie wywołujące uprzedzenia do współczesnych prób ożywiania bohatera, który sprawdził się w przeszłości, a teraz rozpaczliwie usiłuje funkcjonować w bezlitosnym XXI wieku) - uznałem, że mimo wszystko film z grubsza trzyma poziom typowy dla pozostałych "Indianajonesów". Nierealistyczny, widowiskowy, z niespójną fabułą, scenami szalonych pościgów, humorem sytuacyjnym i zabawnymi dialogami - ot, typowy przygodowy film akcji. Fakt, nie ma w nim słoni... Ani U-Boota... Ani sterowców... A tak właściwie, wygląda na to, że twórcy czwartej części pryzgód Indiany Jonesa zapatrzyli się w serię o mumii z Fraserem i postanowili ją naśladować - zapominając, że to "Mumia" naśladowała oryginalne przygody doktora Jonesa.

Podsumuję to następująco: należy pamiętać, że Indiana Jones znalazł już świętego Graala. Po takim odkryciu wszystko inne staje się miałkie i trywialne, zatem nie należy obiecywać sobie zbyt wiele po nowych przygodach archeologa geriatryka. Z takim nastawieniem można całkiem nieźle bawić się odkrywając, że przez niemal cały film Indy, niczym jakiś nekrofil-fetyszysta nosił przy sobie doczesne szczątki rozumnej istoty. Brr... Doktorze Jones, znowu potwierdził pan, że archeolog ma zbyt wiele wspólnego z hieną cmentarną i tak w zasadzie specjalizuje się w zawodowym profanowaniu zwłok. Tutaj płynące od serca pozdrowienia dla wszystkich umorusanych po łokcie studentów archeologii.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (18)

zobacz wszystkie
o