Recenzja filmu Porachunki (1998)
Guy Ritchie

Angielskie rozmówki

Jest to film nie tyle o londyńskim podziemiu kryminalnym, ile o tym, jak wygląda film gangsterski. Lock, stock and barrel" to określenia części pistoletu. To także nazwa, którą przetłumaczyć ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Porachunki (1998)
Jest to film nie tyle o londyńskim podziemiu kryminalnym, ile o tym, jak wygląda film gangsterski.

Lock, stock and barrel" to określenia części pistoletu. To także nazwa, którą przetłumaczyć można na polskie "mydło i powidło", czyli miejsce, w którym znaleźć można wszystko: popielniczkę i obraz Michała Anioła, telewizor i klatkę dla królika, karafkę i słonia. O ile to pierwsze znaczenie odpowiada treści filmu, o tyle druga interpretacja jest myląca. "Porachunki" to wcale nie "mydło i powidło", ani pod względem przynależności gatunkowej, ani wizualnego stylu czy sposobu gry.
Przeciwnie, autorskie (reżyser jest też autorem scenariusza) dzieło Guya Ritchiego to film gangsterski, którego czystości nie dorównuje nic, co kinematografia brytyjska wyprodukowała w tym gatunku w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Znajdziemy więc tutaj typowego mafioso (o ksywie Król Porno), który nie ma zwyczaju brudzić sobie rąk, bo zatrudnia gromadę gangsterów o mniej lub bardziej zabawnych pseudonimach, wyręczających go w biciu i strzelaniu. Jest jeszcze wojna gangów narkotykowych, w której ginie prawie każdy, kto zginąć może, jest gromadka niewinnych i sympatycznych chłopaków, zaplątanych w straszne tarapaty i prawie zupełny brak kobiet.
Wszystko jest tak krystalicznie gangsterskie, łącznie z zanurzonymi w ciemnościach ulicami Londynu, pubami, rozbieranymi barami i ich zapleczami, że wygląda trochę niepoważnie. O to także chodzi - film Guya Ritchiego to coś pomiędzy pastiszem a parodią gatunku, co po angielsku nazywa się "spuff".
Mimo iż w "Porachunkach" odnaleźć można wszystko, co widziało się już w kinie wiele razy, film ten urzeka świeżością. W znacznym stopniu jest to zasługa tempa akcji - wydarzenia rozgrywają się tak szybko, że trzeba się nieźle koncentrować, by połapać się w meandrach fabuły. Tak wyświechtane określenie jak "styl MTV" doskonale pasuje do sposobu prezentacji zdarzeń: zdjęcia są często przyśpieszone albo zwolnione, a akcja rozgrywa się równocześnie na kilku planach. Guy Ritchie skorzystał też - i chwała mu za to - głównie z młodych i mało znanych aktorów, którzy (jak to miało miejsce w przypadku "Trainspotting"), zaledwie kilka dni po premierze trafili na okładki popularnych pism. Pokrewieństw z
"Trainspotting" odnaleźć można więcej, na przykład kamera umieszczona jest przeważnie blisko podłogi, prawdopodobnie po to, by podkreślić, że mamy do czynienia z chorym podbrzuszem Londynu, a może także, by zaznaczyć, że Bacon, Soap, Tom i Eddy patrzą na świat z pozycji tych, na których inni patrzą z góry. Cała wstępna sekwencja, w której bohaterowie zostają zamrożeni w kadrze, a głos z offu przedstawia ich widzom, jest żywcem zaczerpnięta z przeboju DannyŐego BoyleŐa. Od czasów Tarantino nikt się jednak nie przejmuje brakiem oryginalności - im cytaty wyraźniejsze i łatwiejsze do rozpoznania, tym nawet lepiej.
"Porachunki" w jeszcze większym stopniu niż takie brytyjskie przeboje ostatnich lat, jak "Cztery wesela i pogrzeb" czy "Notting Hill", z jednej strony wykorzystują modę na angielszczyznę, a z drugiej ją kreują. Angielszczyzna to w tym przypadku nie tyle golf czy antyczna broń, ile język. Mamy tu do czynienia z kilkoma jego rodzajami. Z tego powodu uznanie "Porachunków" za film akcji jest niewłaściwe - jest to bowiem film akcji i dialogu. Oprócz Cockneya mamy do czynienia ze snobistyczną wersją angielskiego, a także z angielszczyzną z północy.
Jednakże "inwestycja" w język jako źródło humoru i sposób określenia tożsamości bohaterów, choć przyniosła świetne rezultaty w rodzinnym kraju bohaterów, niesie z sobą niebezpieczeństwo, że nie sprosta trudom podróży - co jest bowiem zabawne dla Brytyjczyka, po przetłumaczeniu, traci sporą część swego znaczenia.
O ile niuanse zabawnych powiedzonek mogą umknąć uwadze polskich widzów, o tyle piosenki z pewnością zostaną odnotowane i docenione. Mamy tu do czynienia ze starymi przebojami, śpiewanymi przez Dusty Springfielda i Jamesa Browna oraz nowymi wersjami starych piosenek, wykonanymi przez grupę Ocean Color Scene. Mnie samej najbardziej podobały się nie przeboje angielskie, lecz wykorzystanie motywu Theodorakisa z "Greka Zorby" podczas najbardziej dramatycznego epizodu filmu. Pomysł z "Zorbą" wskazuje na to, że aby zrealizować dziś udany film gatunkowy, warto znać kino współczesne i dawne, z własnego podwórka i z cudzych. Taka znajomość pomaga bowiem wyczuć, w którym momencie do lufy pistoletu załadować troszkę mydła (albo powidła) - nie na tyle, by uniemożliwić wybuch, ale wystarczająco, by miał on miły i zabawny dźwięk.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (162 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o