Recenzja filmu Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)
Wojciech Has

Arcydzieło w szkatułce

Powstały w 1964 "Rękopis" Wojciecha Hasa to najbardziej europejski z polskich filmów. Nakręcony w schyłkowej fazie "szkoły polskiej" obraz zachwyca pomysłowością, niekonwencjonalnością, imponuje ...
Filmweb sp. z o.o.
Powstały w 1964 "Rękopis" Wojciecha Hasa to najbardziej europejski z polskich filmów. Nakręcony w schyłkowej fazie "szkoły polskiej" obraz zachwyca pomysłowością, niekonwencjonalnością, imponuje rozmachem produkcyjnym. Jakże odległym od dzisiejszego znaczenia tego słowa. Obecnie superprodukcja to przede wszystkim męcząca oczy oprawa wizualna, próbująca urozmaicić patologicznie nieciekawą fabułę. W latach sześćdziesiątych efekty specjalne nie były stosowane na skalę masową. Stąd też liczył się pomysł inscenizacyjny, sztuka improwizowania. Tej nigdy nie brakowało Hasowi, człowiekowi o niezwykłej, plastycznej wyobraźni filmowej. Zafascynowany powieścią Jana Potockiego, polskiego obieżyświata i awanturnika, decyduje się przenieść na ekran jego wizję Hiszpanii.

Pomysł na ekranizację wydawał się karkołomny. W jaki sposób pokazać na ekranie przeplatające się nieustannie wątki, opowieści kolejnych bohaterów? Tam, gdzie literatura prowadzi czytelnika dzięki jego wyobraźni, film zmuszony jest obrazować rzeczywistość. Szkatułkowa forma narracji stanowi dla adaptatora wielkie wyzwanie. Jak pogodzić ze sobą poszczególne wątki, które usunąć, a które uwypuklić, postawić na pierwszym planie?

Film rozpoczyna sekwencja bitwy, podczas której jeden z żołnierzy, szukając schronienia w opuszczonej piwnicy odnajduje intrygującą księgę. Zaczyna studiować ją z rosnącym zainteresowaniem. Za chwilę dołączają do niego... przeciwnicy, równie zafascynowani tajemniczym rękopisem. Has daje widzowi sygnał: sztuka jednoczy ludzi! Wspaniałe to przesłanie, a jednocześnie doskonałe rozwiązanie formalne, bo wraz z żołnierzami oglądamy w księdze piękne ryciny. Słowo zamienia się w obraz. Ryciny z księgi to historia Alfonsa van Wordena, który podróżuje przez góry Sierra Morena do Madrytu. Podczas podróży spotyka dwie piękne orientalne księżniczki, osobliwego pustelnika i jego opętanego przez demony pomocnika, hiszpańską inkwizycję, kabalistę i tutejszych rozbójników. Jest raczony niezwykłymi historiami i sam opowiada o sobie. Jest adorowany, torturowany, nawiedzany przez demony, zakochuje się w dwóch księżniczkach jednocześnie i po każdej nocy spędzonej w ich towarzystwie budzi się pod inferalną szubienicą.

Has z maestrią przeplata wątki z życiorysu Alfonsa z opowieściami pozostałych bohaterów. Więcej nadaje opowiadanej historii żywe tempo, zaskakuje nagłymi, wprost nieprawdopodobnymi zwrotami akcji, sceny grozy łączy ze scenami komicznymi. A to dopiero pierwsza część filmu...

Druga rozgrywa się w zamku przygodnie spotkanego kabalisty, który zaprasza Alfonsa do siebie. W tej części obrazu jesteśmy świadkami cudownego zabiegu formalnego, czyli pokazania na ekranie szkatułkowości powieści. Jesteśmy świadkami historii pewnego Cygana, który wspomina czasy młodości. Niepostrzeżenie znajdujemy się w kolejnej opowieści, bezpośrednio wynikającej z toku narracji. I w kolejnej. Reżyser puszcza oko do widza, pokazując, że nawet wytrawni słuchacze gubią się podczas słuchania.

Sama historia pokazana jest z doskonałym wyczuciem tempa, humorem, polotem i lekkością. Oczywiście, w filmie nie jest najważniejsze, jak skończy się tułaczka Alfonsa i czy w górskim labiryncie znajdzie upragnioną drogę do Madrytu. Najciekawsza w obrazie jest gra, którą Has podejmuje z widzem, nakładając jedną historię na drugą i podsuwając coraz to nowe tropy i wskazówki. A robi to z niezrównaną maestrią i podziwu godną konsekwencją. Staje się dzięki temu duchowym ojcem współczesnych reżyserów amerykańskich: Davida Lyncha, braci Coen, Jima Jarmuscha, dla których intertekstualna gra z widzem stała się ważniejsza od tradycyjnego schematu fabularnego. Już w latach 60-tych film zrobił furorę w Europie. We Francji do dzisiaj pozostaje obrazem kultowym. Swego czasu zachwycali się "Rękopisem" Luis Bunuel i Martin Scorsese.

Obraz nie byłby tak olśniewający bez plejady najlepszych polskich aktorów tamtego okresu: Cybulskiego, Kobieli, Maklakiewicza, Tyszkiewicz, Krafftówny, Pieczki, Holoubka. A nader wszystko nie byłby tak piękny bez osoby dyrygenta, rasowego autora kinowego. Jego geniusz zabłyśnie jeszcze nie raz: najjaśniej w "Lalce" i "Sanatorium pod klepsydrą".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (120 głosów).
Al_
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!