Recenzja filmu Helikopter w ogniu (2001)
Ridley Scott

Are you ready to die?

Niecały miesiąc po zamachu na WTC miała premierę kolejna produkcja Ridleya Scotta. Twórca opromieniony w roku poprzednim wielkim sukcesem "Gladiatora", kręcąc swój kolejny film, nie przypuszczał ...
Filmweb sp. z o.o.
Niecały miesiąc po zamachu na WTC miała premierę kolejna produkcja Ridleya Scotta. Twórca opromieniony w roku poprzednim wielkim sukcesem "Gladiatora", kręcąc swój kolejny film, nie przypuszczał jak aktualny i dwuznaczny temat chwycił na warsztat. Świat początku dekady lat dziewięćdziesiątych był daleko bardziej niespokojny od dzisiejszego. Amerykanie wojną w Zatoce Perskiej leczyli traumę wietnamską, w Europie trwała wojna bałkańska. Kiedy w Afryce Południowej apartheid odchodził w przeszłość, kontynent w dużej części pogrążał się w anarchii wojen plemiennych i religijnych, głodzie, pladze chorób, wreszcie wędrującym z bliskiego wschodu fundamentalizmie islamskim. Na uboczu świata w Somalii ONZ próbowała zachować jako taki porządek, co przypominało raczej tamowanie krwotoku tętniczego małym gazikiem. Wobec nieporadności sił pokojowych, uproszone Stany Zjednoczone wysłały autonomiczne jednostki. Film przedstawia autentyczne wydarzenia jednej z operacji wojskowych w samym centrum Mogadiszu w marcu 1993, która przemieniła się w prawdziwą uliczną bitwę. Liczne ofiary po stronie amerykańskiej przyczyniły się do późniejszego wycofania Amerykanów i nie angażowania się tam, gdzie nie wymagały tego bezpośrednio amerykańskie interesy. 11 września 2001 przysłowiowa góra przyszła jednak do Mahometa... Tyle o tle do filmowych wydarzeń. 

Klasowy i jednocześnie kasowy reżyser hollywoodzki musi mieć swój dramat wojenny. Jeżeli jeszcze odciśnie na nim swoje charakterystyczne piętno, to sukces murowany. Wojna według Scotta nie mogła się nie udać, właściwie to udała się jak rzadko kiedy. Nie jest to kino wielkich egzystencjalnych monologów i szekspirowskich bohaterów, grubo tłoczonej do głów antywojennej filozofii, rozbudowanej fabuły przelewanej z luf karabinów w teatralną sztuczność i patetyzm. Grupka przyzwoitych aktorów w rytm niewidzialnych komend reżysera karnie i z wdziękiem paraduje przed kamerą niczym zgrany oddział żołnierzy. Każdy ma swoją historię, ale to nie spotkanie anonimowych żołnierzy i poznamy ich tylko na tyle, na ile to konieczne dla niezaciemniania szkieletowej fabuły.
Za parę złotych, euro czy dolarów jedziemy na wojnę, co zobaczymy, usłyszymy, wymyślimy, przeżyjemy (jeżeli w ogóle...) to nasze. A lekko nie będzie... 

Twórca bazuje na brudnej i krwawej operatorce - zdjęcia robione we współpracy ze Sławomirem Idziakiem są głównym narzędziem komunikacji z widzem. Wojna przeraża swoją bezpośredniością, obraz zanurza się w efektownej akcji, kamera wiruje pośród świszczących pocisków i latających odłamków, gorące łuski wpadające za kołnierz kąsają jak stado szerszeni, widz topi się w afrykańskim słońcu z kilogramami oporządzenia na plecach i nawet barwne szarże łopoczących śmigłowców nie przynoszą ukojenia. W skroniach pulsuje krew pompowana przy udziale dynamicznej etno-elektronicznej muzyki, co żywszy widz pewno z ochotą wskoczyłby w tą urbanistyczną zawieruchę przynajmniej do czasu kiedy siła i precyzja amerykańskich jednostek specjalnych zaczyna sypać się jak domek z kart, pierwsza ofiara z gwiaździstym sztandarem na ramieniu obryzguje nas krwią, kule dziurawią bezbronne Hummery jak sito, a Black Hawki spadają w pióropuszach czarnego dymu jeden po drugim. Ciągniemy rannego kumpla po brudnym piachu, niczego nie jesteśmy bardziej pewni ponad to, że kiedy my zaliczymy kulkę i nas nikt nie zostawi... W rzeczywistości piękna reguła amerykańskiej armii "leave no man behind" nie do końca się potwierdziła, świat z niedowierzaniem oglądał telewizyjne obrazy nagich ciał amerykańskich żołnierzy ciąganych przez tubylców po ulicach Mogadiszu...

Ridley Scott panuje jako władca absolutny nad realizacją swoich filmów. Dostrzega każdy skrawek swojego filmowego królestwa, dobiera absolutnych profesjonalistów, w sposób wyrafinowany dyryguje nimi w kreacji swoich dzieł. Z pietyzmem łączy obraz, dźwięk, montaż i wszystkie techniczne aspekty składające się na topową produkcję filmową. Widz oceniać jego film może do woli. Za nic jednak nie może mieć wątpliwości, że przez dwie godziny był zupełnie gdzie indziej, na pewno nie w fotelu przed ekranem. Może nie starczyć mu wyobraźni by uświadczyć głębię (która tkwi także i w tym obrazie), ale na pewno nie uświadczy fałszu. Czy nie na tym polega magia kina?    
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie