Recenzja serialu Zagubieni (2004)
Daniel Attias
Jack Bender

Awaryjne lądowanie z podwoziem

Początek przyciągający – samolot pasażerski rozbija się na (z pozoru) bezludnej wyspie. Wszyscy doskonale wiemy, że o katastrofie lotniczej rozprawiać można długo i namiętnie, ale sprawić, żeby ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV Zagubieni (2004)
Początek przyciągający – samolot pasażerski rozbija się na (z pozoru) bezludnej wyspie. Wszyscy doskonale wiemy, że o katastrofie lotniczej rozprawiać można długo i namiętnie, ale sprawić, żeby owo rozprawianie było ciekawe i z sensem – już trudniej. Twórcom "Lost – Zagubieni"  udało się to fenomenalnie. Przez sześć sezonów zaskakują, mącą i przyciągają widzów, mimo, że historie, które dzieją się na wyspie z odcinka na odcinek stają się coraz bardziej nieprawdopodobne. Bo nie samą katastrofą serial żyje. Uratowało się z niej sporo osób i, jak się później okaże, nie przypadkowo. Każdy z nich ma swoją historię, która sprawiła, że znalazł się na wyspie, a także która ma swoje konsekwencje dla jego pobytu. Mamy piękną Kate (Evangeline Lilly) z mętną przeszłością, doktora Sheparda (Matthew Fox), niepokornego pijaka i zawadiakę Sawyera (Josh Holloway) czy wzbudzającego lęk o podłożu islamistycznym Sayida (Naveen Andrews). Jest też tajemniczy nie mniej niż sama wyspa John Locke (Terry O'Quinn) i wielki, jakby pożarł wszystko, co się na wyspie znajduje Hurley (Jorge Garcia). Do tego azjatyckie małżeństwo, które niezbyt uczestniczy w konwersacjach, pewnie dlatego, że nie rozumieją angielskiego. Ta mieszanka charakterów zostanie zmuszona do współdziałania, żeby przetrwać, ale to dopiero początek, zaledwie pierwszy sezon. Wyspa bowiem rządzi się swoim życiem i ma dla bohaterów wiele niespodzianek.

Po pierwsze trzeba się przygotować na solidną dawkę absurdu. Ale nie absurdu do cna absurdalnego, który męczy albo wywołuje niezdrowy śmiech, ale absurdu inteligentnego, egzystencjalnego. Takiego, który zmusza do podjęcia refleksji na życiem i tym, co do życia jest naprawdę potrzebne. Takiego, który wywołuje myślenie na temat tego, co my byśmy zrobili będąc uznanymi za martwych, stercząc na wyspie po środku świata z ludźmi, z którymi nie mamy nic wspólnego. Do tego z tajemniczym czarnym dymem i innymi potworkami. Czy warto walczyć o przetrwanie gdy jest się skazanym na porażkę? Czy istnieje możliwość ratunku? "Lost-Zagubieni" jest trzymającym w napięciu serialem, który skupia się nie tylko na egzystencjalnych pytaniach o sens i wartość ludzkiego życia, ale także na szeroko rozumianych relacjach międzyludzkich. Chociaż wiele smaczków (chociażby w postaci książek, jakie czytają rozbitkowie lotu Oceanic 815) wskazuje na filozoficzny charakter serialu, ma on też bardziej psychologiczne interpretacje. Wraz z rozwojem fabuły pojawiają sie zarówno nowi bohaterowie, jak i nowe wyzwania. Poznajemy historie poszczególnych osób coraz dokładniej, zagłębiamy się w ich życie i rozumiemy coraz więcej. Szczegółowo poznajemy ich relacje rodzinne, ich grzechy i sytuację życiową przed wypadkiem. I wtedy pojawia się myśl - czy może wszyscy oni umarli, a wyspa to czyściec bądź piekło? Bo na pewno nie jest realna. Rzeczywistość jest jednak straszniejsza...

Twórcy przemyśleli serial bardzo dokładnie dawkując absurd w znośnych porcjach i wyważając go z niesamowitymi zwrotami akcji. Każdy sezon opiera się na jakimś nowym koncepcie, coraz więcej się dzieje, coraz mniej rozumiemy, coraz bardziej chcemy znaleźć się na wyspie i sami rozwiązać zagadkę. Przytłaczające uczucie zamknięcia i odosobnienia udziela się też nam, straszności wyspy wydają się nam wprawdzie złem wcielonym, ale jednak atrakcyjniejszym niż codzienne problemy. Jest to serial o wyborze między tym, co złe i tym, co gorsze. Późniejsze sezony wręcz przesiąknięte są metafizycznością i surrealizmem, przywołują na myśl biblijną opowieść zarówno o początku, jak i końcu świata. Wyspa jest Edenem, ale jednocześnie Wzgórzem Apokalipsy. I kiedy przychodzi ratunek sami do końca nie wiemy, czy chcielibyśmy być z wyspy zabrani. Niepokój i samotność są w pewnym sensie ekscytujące. Stają się integralną częścią bohaterów, którzy tak jak Robinson Cruzoe po wielu latach spędzonych na wyspie, ze zgrozą myślą o powrocie do rodzinnych stron. Jest to jeden z moich ulubionych seriali. Jest bajką, fantastyczną opowieścią, w której brakuje chyba tylko smoków, żeby była zaliczona do gatunku fantasy. Ale jest nie tylko bajką, rozluźniającym, wielogodzinnym filmem podzielonym na epizody i serie, żeby lepiej się sprzedał. To rozrywka na poziomie, która przemyca wiele pytań natury duchowej, psychologicznej, politycznej i ekonomicznej. Można serial oglądać pod kątem tajemniczej organizacji, która prowadzi eksperymenty na ludziach, można uwierzyć w interpretacje o sądzie ostatecznym czy też zastanawiać się nad odwiecznym pytaniem o podział dóbr na świecie i wartość relacji rodzinnych. Jednym słowem - trudno się nudzić. Zapnijmy pasy i przygotujmy się do startu. Lądowanie może nas naprawdę zaskoczyć. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie