Błogosławieni Avengersi

  • recenzja kinowa Cristiada (2012)
George Carlin, legenda amerykańskiej komedii scenicznej, w jednym ze swych monologów naśmiewał się z określenia "świętość życia", pytając, czy aby owej świętości nie sankcjonuje bóg – wiodąca przyczyna śmierci na świecie. Po seansie "Cristiady" Deana Wrighta, opowieści o meksykańskich katolikach, którzy w latach 20. minionego wieku chwycili za broń, by bronić swego prawa do wiary, jego pytanie wydaje się jeszcze bardziej zasadne. Bo meksykański obraz to obraz triumfalistyczny, zbudowany z uproszczeń i pełen patosu.

Dean Wright, który "Cristiadą" debiutuje jako reżyser, przez lata był specjalistą od efektów specjalnych. Ożywiał superbohaterów i czynił efektownymi ekranowe pojedynki dobra i zła. Pracował w ten sposób wystarczająco długo, by poznać ważnych ludzi z filmowej branży, ale też dość długo, by przesiąknąć mitologią nadczłowieka, na której ufundowane jest heroiczne kino. W "Cristiadzie" w pełni korzysta ze swoich doświadczeń: na planie udało mu się zebrać naprawdę duże nazwiska (muzykę napisał mu James Horner) i śmietankę latynosko-amerykańskiego aktorstwa, ale Wright opowiada tak, jakby z historycznego fresku o dziejach Meksyku chciał zrobić kolejną część "Avengersów". Podczas gdy źli żołnierze wypruwają przeciw bohaterom całe magazynki, pojedyncze kule dzielnych partyzantów sieją spustoszenie w szeregach wroga. Wiadomo – "Pan Bóg kule nosi".

Kul nie brakuje w filmie Wrighta. Gdyby święci wojownicy z jego obrazu zaleźli się w Ogrójcu wraz z Jezusem, nie tylko – wzorem św. Piotra – ucięliby ucho jezusowym oprawcom, ale nosiliby je dumnie niczym naszyjnik. Chłopaki z filmu Wrighta nie nadstawiają bowiem drugiego policzka – podnoszą gardę i wyprowadzają kontrujący cios. Choćby poniżej pasa.

"Cristiada" zawieszona jest między kinem akcji i pełnym patosu religijnym freskiem. Opowieść o meksykańskiej walce o wiarę trochę przypomina "Opór", a trochę "Bękarty wojny". Sęk w tym, że filmowi Wrighta brakuje rozmachu kina Edwarda Zwicka, a Tarantinowskiej przewrotności nie znalazłby tu najbardziej dociekliwy poszukiwacz. Nie oznacza to, że film Wrighta nie bywa zabawny: ilość banału i patosu sprawia, że na twarzy raz po raz musi pojawić się uśmiech.

Czegóż to nie ma w filmie Wrighta? Jest nawrócony łobuz (Mauricio Kuri),  poczciwy ksiądz (Peter O’Toole), źli generałowie, meksykańska matka ucieleśniająca cnoty Maryi i gieroje z rewolwerami, którzy mogliby napędzić stracha Johnowi Wayne’owi i Clintowi Eastwoodowi. Jest wreszcie Andy Garcia jako ateista, który z krzyżem na piersi i gębą pełną frazesów rusza  na front niebiańsko-ziemskiej wojny.

Wright nieustannie pompuje emocje. Jego kadry rozświetlone są miękkim światłem, muzyka Jamesa Hornera dostarcza śmiertelnej dawki patosu, a każdy dialog tutaj jest jak rozmowa z płonącym krzewem. Szkoda, że twórcom zabrakło umiaru i wyczucia. Może wówczas "Cristiada" nie byłaby obrazem tak bombastycznym i płaskim. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 21% uznało tę recenzję za pomocną (402głosy).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
3/10 słaby
o