Recenzja filmu Smak życia (2002)
Cédric Klapisch

Bez smaku

Z wykształcenia jestem psychologiem międzykulturowym, więc film powinien mnie zainteresować. Ale, moim zdaniem, obraz nie koncentruje się jakoś szczególnie na relacjach międzykulturowych. Owszem, ...
Filmweb sp. z o.o.
Z wykształcenia jestem psychologiem międzykulturowym, więc film powinien mnie zainteresować. Ale, moim zdaniem, obraz nie koncentruje się jakoś szczególnie na relacjach międzykulturowych. Owszem, bohaterowie pochodzą z różnych europejskich krajów i przez rok mieszkają pod jednym dachem. Tyle że w tej warstwie film jest bardzo powierzchowny, nie stawia żadnych istotnych pytań. Raczej powiela stereotypy: Niemiec - Ordnung muss sein, Alessandro - włoski bałaganiarz, William - angielski narwaniec (swoją drogą widać, jak stereotypizacja może prowadzić na manowce - kiedyś Anglik znaczyło flegmatyk). Nawiasem mówiąc, William jawi mi się jako najciekawsza postać tego filmu. "Flesh and blood", w przeciwieństwie do pozostałych nijakich charakterologicznie osób. I - w świetle tego, co Klapisch pokazał - niby dlaczego miałabym nie przyznać Williamowi racji? Kieruje się w ocenie ludzi narodowymi stereotypami, ale bohaterowie filmu są przecież idealnym ucieleśnieniem tych stereotypów! Więc o co tak naprawdę reżyserowi chodzi? Chyba pogubił się w swoich zamysłach.

Główny bohater bardzo mnie irytował, przez co nie umiałam przejmować się jego perypetiami. Drażniło mnie jego instrumentalne podejście do Anne-Sophie, denerwowało, jak krzyczał do matki "zamknij się!". Poza tym był jakiś papierowy, sztuczny, niedookreślony. Nie wiem tylko, czy tak kiepsko spisał się scenarzysta, czy tak fatalnie zagrał aktor.

O czym jest ten film? O wchodzeniu w dorosłość? O tożsamości kulturowej? O przyjaźni i miłości? O potrzebie robienia tego, co się naprawdę lubi? Niestety, żadna odpowiedź mnie nie przekonuje. Ideałem filmu o relacjach międzyludzkich i różnych sposobach na życie jest dla mnie "Tylko razem" Moodyssona (można by go umieścić jako wzorzec w Sevres). Problem tolerancji i stereotypów o niebo lepiej ukazuje "Miasto gniewu", a życie u progu dojrzałości wdzięczniej przedstawia norweski obraz "Kumple". Tutaj zabrakło autentyzmu. Wybory i zachowania bohaterów są dla mnie mało wiarygodne, nie wiem dlaczego postąpili tak, a nie inaczej, nie wczuwam się w ich sytuację. Czasem wydaje się, że historia gubi ciągłość, jakby coś źle zmontowano, albo wycięto coś istotnego. Jest za to kilka scen, sprawiających wrażenie doklejonych nie wiadomo po co, np. motyw dziecka Larsa. Jeden kadr i żadnej kontynuacji.

Ciekawe są natomiast rozważania Xaviera po przyjeździe do Barcelony: "Kiedy przybywasz do obcego miasta, ulice jawią ci się jako niebudzące żadnych skojarzeń ciągi budynków. Kiedy już pomieszkasz w jakimś mieście, pochodzisz jego ulicami (...), to po jakimś czasie oswoisz tę przestrzeń. Ulice stają się zwyczajne, swojskie". To prawda. I to się dzieje o wiele szybciej, niż można przypuszczać. Już po kilku dniach zaczyna się rozpoznawać ulice, budynki, place, już wymawia się nowe, przedtem obco brzmiące nazwy, z większą wprawą, już jest się bardziej pewnym siebie, chodzi się środkiem, zamiast przemykać pod ścianami. Już zaczyna się mówić "dom" na tymczasowe miejsce swojego zamieszkania. I jeszcze to: "Dziwne, że z czasem najchętniej wspominamy najgorsze doświadczenia z każdej podróży". Te cytaty to właściwie jedyne, co wyniosłam i zapamiętam z filmu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Diana
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o