Recenzja filmu Casablanca (1942)
Michael Curtiz

Bo niektóre filmy się nie starzeją

Pomimo tytułu piosenki, z której zasłynął film, śmiało można stwierdzić, że obraz Michaela Curtiza, od ponad sześćdziesięciu lat od światowej premiery, nadal zaliczany jest do arcydzieł ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Casablanca (1942)
Pomimo tytułu piosenki, z której zasłynął film, śmiało można stwierdzić, że obraz Michaela Curtiza, od ponad sześćdziesięciu lat od światowej premiery, nadal zaliczany jest do arcydzieł światowego kina i obok "Przeminęło z wiatrem", "West Side Story" i "Titanica" do jednego z najlepszych melodramatów w dziejach.

Rick Blaine był właścicielem znanego w okupowanej przez Niemców Casablance klubu nocnego. Wieczorami bywali tam goście, którzy załatwiali różne ciemne interesy, uprawiali nielegalny hazard lub upijali się na umór, nie mając możliwości wydostania się z tego pięknego miejsca, które od 1939 roku nosiło jednak wszelkie znamiona piekła na ziemi.

Początek wojny zastał głównego bohatera w Paryżu, kiedy planował ślub z piękną, tajemniczą Ilsą, ta jednak bez słowa wyjaśnienia nagle go opuściła. Teraz, po kilka latach spotkał ją znowu, gdy weszła do "Rick's American Cafe" ze swym mężem, znanym działaczem ruchu oporu, Victorem Laszlo. I choć wydawało się, że Blaine nie chce kontynuować zawartej przed kilku laty znajomości, to losy tej trójki splotły się niespodziewanie, dając Rickowi możliwość uratowania kobiety, którą kiedyś kochał. A może kocha nadal?

"Casablanca" odniosła wielki sukces, ale równie wiele, co producentom, liczącym zyski ze sprzedanych biletów, dała Humphreyowi Bogartowi, którego film ów uczynił legendą. Curtiz dał mu możliwość udowodnienia widzom, jak fantastycznym jest aktorem, obsadzając go w wymarzonej dla niego roli - zimnego, bezwzględnego mężczyzny, który z cynicznym błyskiem w oku i sardonicznym uśmiechem obserwuje rzeczywistość, w jakiej przyszło mu żyć.
Mi samej na pewno na długo zapadnie w pamięć widok jego smutnego spojrzenia ciemnych oczu...

Drugim ciekawym aktorem na planie był Paul Henreid, znany mi wcześniej z roli w filmie "Trzy kamelie", gdzie partnerował Bette Davis. W obrazie Curtiza postać Victora Laszlo, w którą się wcielił, była chyba jedyną jednoznacznie pozytywną (co nie znaczy, że najmniej interesującą). Jego obecność dodawała smaczku miłosno - psychologicznym rozgrywkom pomiędzy Rickiem i Ilsą. Bo kto wie, jak mogłyby potoczyć się losy tej dwójki, gdyby nie szlachetny opozycjonista?

Na tle obu fascynujących dżentelmenów dość blado wypadła moim zdaniem Ingrid Bergman i jej Ilsa Laszlo - kobieta bezbarwna, bierna i banalna. "Pazurki" pokazała tylko w momencie, kiedy mierzyła do Ricka z pistoletu - przez chwilę przypominała owe tajemnicze, wspaniałe i niebezpieczne kobiety znane mi ze starych filmów noir. Pomimo tego Ingrid, chociaż piękna, na zawsze pozostanie już dla mnie na ekranie jedynie świętą męczennicą miłości, a nie osobą, która ma coś do zaoferowania widzowi.
Nie wiem, dlaczego, ale na jej miejscu zawsze widziałam Lauren Bacall - wspaniałą aktorkę, wieloletnią partnerkę Bogarta, któremu partnerowała w kilku filmach. Tworzyli razem naprawdę ciekawy duet i na pewno wspaniale zagraliby w filmie Curtiza, tworząc obraz ciekawego, nasyconego emocjami związku Ricka i Ilsy.
Aby dzieło świetnej obsady się dopełniło, mamy jeszcze wspaniałego, uroczego i zabawnego Claude'a Rainsa i tajemniczego Petera Lorre, jednego z najbardziej interesujących aktorów tamtych lat.

Pisząc o "Casablance", nie sposób nie wspomnieć także o rewelacyjnej muzyce Maxa Steinera. Pieśnią, która często przewija się w filmie, jest francuska "Marsylianka", ale kinomanom w serce zapada przepiękna piosenka Henry'ego Hupfielda "As Times Goes By", którą na fortepianie w klubie Ricka gra czarnoskóry Sam. Warto tu wspomnieć, że Max Steiner początkowo bardzo sprzeciwiał się włączeniu do filmu starej piosenki Hupfielda, później uległ namowom. I jak się okazało - słusznie, bo scena z tym utworem należy dziś do najsłynniejszych w dziejach kina. Któż nie pamięta Ilsy, proszącej: Play, Sam, play "As Times Goes By" (kwestia ta została uznana za jeden z najbardziej znanych cytatów filmowych).

"Casablanca" to film naprawdę fantastyczny i w pełni zgadzam się z tym, że złotymi literami zapisał się w historii światowej kinematografii. Gwarantuję wszystkim widzom przed ekranem silne przeżycia emocjonalne. No, może nie wszystkim, ale tym, których serce "nie jest najmniej wrażliwą częścią ciała" - na pewno!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o