Recenzja filmu X-Men: Ostatni bastion (2006)
Brett Ratner

Bryan Singer, where have you been?!

W 2000 roku jeden z najbardziej znanych komiksów wreszcie doczekał się pierwszej odsłony na dużym ekranie. Po sukcesie, jakim cieszyła się jedynka, Bryan Singer postanowił nakręcić kolejną część, ...
Filmweb sp. z o.o.
W 2000 roku jeden z najbardziej znanych komiksów wreszcie doczekał się pierwszej odsłony na dużym ekranie. Po sukcesie, jakim cieszyła się jedynka, Bryan Singer postanowił nakręcić kolejną część, której końcówką zapowiedział powstanie trylogii. Wtedy chyba nikt nie mógł przewidzieć, że to będzie najgorsze, co tylko mogło się X-Menom przytrafić. Singer, który ''wpakował się" w produkcję, taką jak ''Superman: Powrót'', która gdy tylko ujrzała światło dzienne, zadała mu cios ostateczny, pozwolił dokończyć historię o mutantach Brettowi Ratnerowi, a ten już od pierwszych minut zaczyna niezgrabnie, ale konsekwentnie pozbywać się głównych bohaterów. Początek filmu nie zapowiada jeszcze tragedii, na którą widz będzie skazany, decydując się obejrzeć produkcję do końca. W pierwszych minutach możemy zobaczyć m. in.: Jamesa Marsdena, Halle BerryIana McKellenaRebecce Romijn, Famke JanssenHugh Jackmana, Patricka Stewarta, jak i Anne Paquin.

Podczas oglądania filmu widać starania nowego reżysera, jego chęć dorównania Bryanowi Singerowi w widowiskach, jakie stworzył dwiema pierwszymi częściami. Jednak nasuwa się pytanie: po co? Skoro w ciągu niespełna dwóch godzin wybija połowę głównych bohaterów. Komu to potrzebne i skąd taki pomysł? A jak nie wiadomo o co chodzi, to zapewne o pieniądze. Dlatego też, reżyser uśmierca Scotta Summersa, Jean Grey, właściwie nie wiadomo co robi z profesorem Xavierem, Mystigue pozbawia mocy, wycinając ją tym samym z ponad połowy filmu, a o Rogue jakby zapomina, pozwalając pojawić się jedynie na początku i samym końcu filmu. Nie rozumiem takiego zakończenia dla X-Menów, które według mnie przekreśla możliwość powstania kolejnych części, a stąd pewnie obłaskawianie fanów powstającymi genezami, za które - pomimo takiego obrotu sprawy - jestem wdzięczna reżyserowi, którym jest Matthew Vaughn.

Jeśli chodzi o efekty specjalne, to pomimo tego, że jest ich całe mnóstwo, to nie szokują. Odnoszę wrażenie, że reżyser zapomniał o tym, że to nie tylko one są w filmie ważne i nieistotne, jak dobre by były, to same nie będą w stanie stworzyć wyjątkowego klimatu. Poza dobrymi momentami widz jest narażony na oklepane wybuchy i całą masę niedociągnięć, na czele z  kreacją samej Feniks. Chyba jedyne, co pozostało na odpowiednim poziomie w ''X-Men: Ostatni bastion'', to muzyka.

Wydanie na dvd zawiera materiały dodatkowe, wśród których znalazły się m.in.: sceny niewykorzystane, zwiastuny, alternatywne zakończenie z opcjonalnym komentarzem, jak i komentarze audio. Oglądając film, możemy wybrać wersję z polskim lektorem lub tę z napisami. Co do polskiego tłumaczenia, a szczególnie mam na myśli same nazwy mutantów, to momentami aż się słabo robi. Każdy kto jest, czy był fanem chociażby kreskówek, takich jak  ''X-Men'' czy ''X-Men: Ewolucja'' powinien rozumieć, o co mi chodzi i tym samym może być równie zdziwiony aż tak fatalnym zakończeniem historii.

Film może ratować jedynie parę dobrych momentów, jednak jest ich zdecydowanie za mało. Podsumowując, ''X-Men: Ostatni bastion'', pomimo tego że pozbawiony jest dobrej, ciekawej fabuły i według mnie genialnego reżysera, jakim był Bryan Singer - któremu możemy zawdzięczać chociażby dwie pierwsze części i być może powstającą ''X-Men: Days of Future Past'' - ale i z każdą minutą tracący obsadę, z pewnością nie jest godny polecenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 48% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
panika1
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o