Recenzja filmu Skazany na bluesa (2005)
Jan Kidawa-Błoński

Był jednym z niewielu...

W historii polskiej muzyki Ryszard Riedel zajmuje miejsce szczególne. Niezrównany wokalista, autor prostych, ale wspaniałych i szczerych tekstów, charyzmatyczny wokalista zdolny porwać na ...
Filmweb sp. z o.o.
W historii polskiej muzyki Ryszard Riedel zajmuje miejsce szczególne. Niezrównany wokalista, autor prostych, ale wspaniałych i szczerych tekstów, charyzmatyczny wokalista zdolny porwać na koncertach tłumy, a jednocześnie postać tragiczna – więzień i ofiara narkotykowego nałogu, który mimo sukcesów nie potrafił odnaleźć się w życiu. Choć od śmierci Riedla minęło już ponad 10 lat legenda wokalisty Dżemu – wiecznego autsajdera i piewcy wolności wciąż żyje, podobnie jak jego piosenki, z których znaczna część to już standardy polskiego rhythm&bluesa.

Jan Kidawa-Błoński decydując się na realizację filmu o Riedlu musiał się więc liczyć z tym, że oceniać go będą nie tylko krytycy, ale również oddani fani muzyka, dla których wokalista Dżemu to nie tylko wybitny piosenkarz i kompozytor, ale przede wszystkim piewca idei i stylu życia, którym pozostał wierny do końca. Kidawa-Błoński odważył się zmierzyć z legendą. Opowiedzieć swoją wersję tragicznej historii Riedla. Pokazać, bez upiększeń, postać wyjątkowego człowieka, którego zgubiły narkotyki. Czy mu się to udało? Odpowiedź na to pytanie poznacie z poniższego tekstu.

"Skazany na bluesa"
nie jest typową biografią. Zamiast opowiadać historię życia piosenkarza Kidawa-Błoński skupił się na trzech – najważniejszych jego zdaniem – okresach życia Riedla: dzieciństwie i początkach konfliktu piosenkarza z ojcem, latach 70. – początkach muzycznej kariery artysty oraz latach 90. – końcowych latach życia Ryśka, kiedy coraz częściej narkotyki uniemożliwiały mu normalne funkcjonowanie.

Z wybranych przez reżysera fragmentów rodzi się portret człowieka wskroś tragicznego. Niezwykle utalentowanego, wrażliwego artysty, który zatracił się w pogoni za osiągnięciem absolutnej wolności, o której tak wspaniale śpiewał w "Śnie o Victorii". Naiwnie wierzył, że dadzą mu ją narkotyki. Jak wiemy, nie przyniosły mu wolności, ale uczyniły z niego niewolnika nałogu.

Niezwykle ważną rolę pełnią w filmie piosenki Riedla i Dżemu, które są nie tylko doskonałą ilustracją obrazu, ale jednocześnie pełnią rolę osobistego komentarza. Kiedy widzimy odurzonego narkotykami idola i jednocześnie słyszymy słowa jego wstrząsającej "Modlitwy III" nabierają one niesamowitej siły i znaczenia.

Jednakże mimo ciekawego tematu "Skazany na bluesa" nie jest produkcją do końca udaną. Poszczególne sceny, niekiedy wręcz doskonałe i przejmujące, nie składają się – w moim przekonaniu – w spójną całość. Co gorsza, kiedy film zbliża się do tematów co bardziej drażliwych zaczyna brzmieć nieco fałszywie. Nie dowiemy się ze "Skazanego na bluesa" dlaczego Riedel sięgnął po narkotyki. Nie będziemy świadkami jego konfliktów z zespołem będących wynikiem nałogu i wreszcie wykluczenia go z grupy. Nie zobaczymy też ani jednej sceny pokazującej, że w walce z narkotykami wspierała go rodzina. Ponadto film niekiedy zwyczajnie nuży. Wzorem Olivera Stone'a i jego "The Doors" wprowadził Kidawa-Błoński do swojego filmu narkotyczne wizje, które jednak zamiast poruszać po prostu nudzą.

Mimo tych niedociągnięć "Skazanego na bluesa" warto zobaczyć z kilku powodów. Pierwszy to oczywiście osoba samego Riedla. Drugi, to rola Tomasza Kota, który brawurowo wcielił się w jego postać. Ten młody aktor, dla którego kreacja Riedla jest pierwszą dużą rolą w karierze upodobnił się do wokalisty Dżemu do tego stopnia, że w scenach koncertowych, w których jego sylwetkę widać z daleka, można pomyśleć, że to faktycznie Riedel. Kot porusza się jak on, zachowuje jak on i wygląda jak on.

Trzeci z powodów to oczywiście muzyka. Film jest w całości ilustrowany kompozycjami Riedla i Dżemu, na które złożyły się praktycznie wszystkie najważniejsze dokonania formacji. W tle usłyszymy oczywiście "Czerwony jak cegła", "Whisky", "Mała aleja róż", "Złoty Paw", ale również "Norweską impresję bluesową", "List do M.", "Sen o Victorii" i "Austajdera". Prawie wszystkie utwory (poza dwoma) zaprezentowane są w wersji oryginalnej. To dobrze, bowiem trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł zaśpiewać te piosenki podobnie jak Riedel, jednakże twórcom nie udało się idealnie zsynchronizować ruchów aktora z nagraną wcześniej kompozycją, co bardzo często widać to na ekranie.

"Skazany na bluesa" to odważna próba zmierzenia się legendą, ale również pierwszy od wielu lat prawdziwie muzyczny czy wręcz rockowy film w polskim kinie. Solidna, ale nie pozbawiona wad produkcja, która choć nie zachwyca, to jednakże dobrze się ją ogląda i... słucha.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (127 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)