Recenzja filmu Memento (2000)
Christopher Nolan

Can't remember to forget you

Zanim człowiek dostanie od wytwórni kupę szmalu, którą ma rozmnożyć niczym syn cieśli z Nazaretu mnożący ryby i gorzałę - choć, zamiast boskiej interwencji we współczesnym świecie owo rozmnożenie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Memento (2000)
Zanim człowiek dostanie od wytwórni kupę szmalu, którą ma rozmnożyć niczym syn cieśli z Nazaretu mnożący ryby i gorzałę - choć, zamiast boskiej interwencji we współczesnym świecie owo rozmnożenie musi nastąpić za sprawą obszarpanego Jokera i w dużo mniejszym stopniu dzięki znaczkowi Batman™ - otóż zanim dostanie się takie mesjanistyczne zadanie, trzeba od czegoś zacząć drogę po szczeblach filmowego świata.

"Memento" nie jest pierwszym filmem Nolana, ale podczas jego kręcenia nazwisko reżysera nie było jeszcze tak znane, jak ma to miejsce w roku pańskim 2008. W filmie znalazło się mniej więcej 45 minut materiału, z czego część nie została pobłogosławiona dobrodziejstwami Technicoloru - ale dzięki tej oszczędności w budżecie zostało dość środków, aby wynająć do zdjęć kilkuletniego jaguara. Nie starczyło już na aktorów - na ekranie można naliczyć jakiś tuzin postaci, to wszystko. Planów zdjęciowych jest, zdaje się, jeszcze mniej. Efektów specjalnych oczywiście brak. Oprawa muzyczna uboga. Fabuły jest akurat na jeden akt normalnego filmu.

Z tą fabułą to jest tak, że w recenzji nie należy zbytnio zagłębiać się w szczegóły. Trzeba ograniczyć się do tego, co i tak wiadomo z krótkich opisów - głównemu bohaterowi gwałci i zabija żonę niejaki John G. Bohater - Leonard - wskutek traumy i ciosu w głowę traci zdolność do tworzenia nowych wspomnień. Pamięta wszystko, co spotkało go do "owej pamiętnej nocy", ale dalej jest jak złota rybka - jeśli zacznie oglądać film, po kilku minutach zapomni, co było na początku. Podobno jest to autentyczna przypadłość, niezmiernie rzadko zdarzająca się w naszym świecie, a w "Memento" przedstawiono ją z dużą dokładnością - niestety, mam na to tylko słowo Wikipedii, a nie zeznania prawdziwego lekarza, więc do tej rewelacji wolę zachować rozsądny dystans.

Leonard radzi sobie ze swą przypadłością, pisząc do samego siebie notatki, pstrykając ludziom, miejscom i przedmiotom zdjęcia polaroidem (przy czym zdjęcia opisuje), a naprawdę ważne rzeczy tatuuje sobie na całym ciele - i twórcy oszczędzili widzowi widoku tylko jednej części ciała, na której można jeszcze coś wytatuować w taki sposób, aby osoba z tatuażem mogła odczytać wiadomość. Cała reszta muskulatury Leonarda jest ukazana z nadmiarem szczegółów, co pewnej części widowni może wydać się satysfakcjonujące. A cóż może być aż tak ważnego, że należy to sobie wytatuować na klacie? A na przykład wiadomość "John G. zgwałcił i zabił twoją żonę, znajdź go i zabij". No właśnie, nasz sklerotyczny bohater wyrusza ze słuszną zemstą, uzbrojony w długopisy, tatuaże i aparat fotograficzny.

Jak już wspomniałem, nakręcono koło 45 minut zdjęć, ale film zalicza się do pełnometrażowych - dużo, oj dużo scen zobaczymy po kilka razy. "Memento" jest filmem, który ma zepsutą skrzynię biegów - działa tylko wsteczny. Film zaczyna się od sceny finałowej, a potem za sprawą coraz głębszych, przeplatających się retrospekcji wszystko zostaje wyjaśnione....

Ech, to nie działa. Nie potrafię tym razem się czepiać. Prawda jest taka, że "Memento" jest jednym z tych nielicznych filmów z ostatnich lat, które obejrzałem z niekłamaną przyjemnością. Nawet teraz, gdy widziałem obraz po raz drugi (a byłem przekonany, że skoro znam już fabułę i nic mnie nie zaskoczy, zanudzę się na śmierć) - oglądałem przekonując się, jak precyzyjnie cała opowieść jest skonstruowana. To nie jest film akcji, który nic od widza nie wymaga, a w zamian daje kilka kiczowatych scen, nieprawdopodobnych dialogów i tony efektów specjalnych, a lemingi wychodzą z kina i na serio rozważają pomalowanie twarzy na biało i ufarbowanie włosów na zielono. "Memento" jest inteligentną rozrywką, która zmusza widza do wysiłku, bawi się z nim, kierując przypuszczenia na fałszywe tropy i ślepe tory, ale jednocześnie ani razu nie okłamuje, nie wycina nieprzyzwoitej wolty, nie ucieka się do żadnego deus ex machina. Sama historia jest prosta, ale tutaj ma miejsce drobny przerost formy nad treścią - tu nie chodzi o rejestr następujących po sobie zdarzeń, tu chodzi o to, w jaki sposób historia zostaje opowiedziana.

Jednak największą zaletą "Memento" jest to, co tłucze się po głowie widza, gdy przez ekran przesuwają się napisy końcowe. Nie jest to luźna myśl w stylu "zajefajna sztuczka ze znikającym pisakiem". "Memento" jest jednym z tych filmów, które przypominają, co tak naprawdę definiuje człowieka. Jak bardzo polegamy na pamięci, jak pamięć jest zawodna, jak łatwo manipulować faktami, jak słodko samego siebie oszukiwać, jak dalece można komuś zaufać... Jak dalece można zaufać samemu sobie. I gdyby tak naprawdę dostać wybór, które wspomnienia zachować, a których się pozbyć – czy odważyć się i wykasować wszystko, co bolesne, upokarzające i koszmarnie wypalone w psychice? A gdyby zrobić takie pamięciowe czystki – jak bardzo zmieni się osobowość? Co tak właściwie pozostanie...?

Chociaż... Poprawka, co innego jest największą zaletą "Memento": mój ulubiony nosiciel szalonych nakryć głowy, najróżniejszych turbowizualnych beretów - Joey Pants. Facet, który nie ma nic przeciwko przekręcaniu jego nazwiska (nawet jego oficjalna strona to www.joeypants.cośtam), który bez pudła potrafi zagrać cwaniaczka tak nachalnie udającego osobę sympatyczną, że pod żadnym pozorem nie kupiłbym od niego używanego samochodu. Każdy film z Joeyem Pantsem już na starcie deklasuje konkurencję.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (73 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)