Recenzja filmu Factotum (2005)
Bent Hamer

Cel sam w sobie

Cel. Zawsze musisz do niego dążyć, nie ważne, ile miałoby Cię to kosztować. Nie liczy się, jak długo Ci to zajmie. Nie ma znaczenia, jak do niego dojdziesz - liczy się tylko to, czy go ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Factotum (2005)
Cel. Zawsze musisz do niego dążyć, nie ważne, ile miałoby Cię to kosztować. Nie liczy się, jak długo Ci to zajmie. Nie ma znaczenia, jak do niego dojdziesz - liczy się tylko to, czy go osiągniesz. Celem może być wszystko - nawet to, co z pozoru nie ma znaczenia. Moim celem jest napisanie tej recenzji i nie liczy się to, że nie przespałem kolejnej nocy. Dla mnie znaczenie ma tylko to, czy uda mi się dojść do ostatniego akapitu.

Prawdą jest, że nie spałem ostatniej nocy. Zbytnio mnie wciągnęła opowieść Benta Hamera, opowiedziana ustami jego nowego bohatera - Henry’ego Chinaskiego (brawurowy Matt Dillon). Człowiek to rzeczywiście niezwykły. Pełen osobistego uroku, z wrodzonym stylem i klasą, której niejeden mężczyzna mógłby mu pozazdrościć. Odkąd pamięta, celem jego życia jest pisanie opowiadań. Potrafił spłodzić do czterech historii tygodniowo, a wszystkie swoje dokonania wysyłał do lokalnej gazety. Nigdy mu się specjalnie nie poszczęściło, gdyż teksty nie spotkały się z większym zainteresowaniem, ale próbował cały czas...

Miał wiele kobiet w życiu. Najcieplej zawsze wspominał Jan - była równie beztroska jak on. Jedyne co dla niej miało znaczenie to seks i jej mężczyzna - zawsze to u niej lubił. To ona pokazała mu, że w życiu trzeba walczyć o swoje poglądy i racje. Jan udowodniła mu również, że pieniądze psują człowieka i zabierają mu to, co ma najcenniejsze - wolność. Chinaski był sobą tylko wtedy, gdy nie miał grosza przy duszy. Tylko wtedy potrafił pisać i tylko wtedy był władcą w swym małym królestwie.

Z Bentem Hamerem miałem już wcześniej do czynienia i przyznam, że nie było to spotkanie miłe. Pamiętam jak dziś, kiedy byłem na jego "Historiach kuchennych", których nie sposób było znieść w kinie, a co dopiero, gdy się je oglądało na nocnym pokazie. Całe szczęście "Factotum" jest zupełnie inne - może dlatego, że nie jest aż tak niszowe. Wbrew pozorom, jest to film przeznaczony dla szerszej grupy odbiorców, a dokonanie własnej interpretacji jest możliwe dla każdego widza z odrobiną dobrej woli. Sprzyja temu atmosfera amerykańskiego miasta, w którym rozgrywa się akcja, a do którego większość polskich widzów jest już przyzwyczajona, dzięki innym produkcjom rodem z USA wyświetlanym w naszych kinach.

Sam zresztą byłem zaskoczony, gdy się dowiedziałem, że najnowszy film znanego norweskiego twórcy jest produkowany w Stanach Zjednoczonych. Obawiałem się zbytniej amerykanizacji i spłaszczenia, a otrzymałem film głęboki, z subtelnie zarysowanym "drugim dnem", idealnie wkomponowanym w obraz. Jedyne, co trzeba zrobić, to dać mu szansę. Aż do ostatnich minut "Factotum" zdaje się po prostu historią zwykłego człowieka, któremu nic nadzwyczajnego się nie przydarzyło w życiu. Dopiero ostatnia scena wszystko zmienia. Może właśnie stąd bierze się mój entuzjazm w stosunku do tej produkcji - podsumowanie wszystkiego w ostatniej chwili, jednym trafnym kadrem zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Właśnie wtedy objawiło mi się znaczenie tego filmu. Może i Wam się tak przytrafi, a wtedy zapewne uznacie czas spędzony przy poznawaniu opowieści Benta Hamera za dobrze wykorzystany. Ja teraz właśnie dopiąłem swego celu. Doszedłem do ostatniego akapitu. Skończyłem...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
KoZa
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny
o