Recenzja filmu Sztandar chwały (2006)
Clint Eastwood

Cena bohaterstwa

Clint Eastwood, wzorem swoich wielu filmowych bohaterów, zdaje sobie nic nie robić z upływu czasu, od wielu lat udowadniając, że choć zbliża się do osiemdziesiątki, nie myśli o zasłużonej ...
Filmweb sp. z o.o.
Clint Eastwood, wzorem swoich wielu filmowych bohaterów, zdaje sobie nic nie robić z upływu czasu, od wielu lat udowadniając, że choć zbliża się do osiemdziesiątki, nie myśli o zasłużonej emeryturze. W 2003 roku przedstawił nam "Rzekę tajemnic", rok później oscarowe "Za wszelką cenę", a w ubiegłym roku zrealizował dwie wojenne superprodukcje opowiadające o krwawej walce o wyspę Iwo Jima - jednej z najważniejszych bitew II wojny światowej. Pierwsza z tych produkcji zatytułowana "Sztandar chwały" właśnie wchodzi na ekrany naszych kin.

Powstały na podstawie książki Jamesa Bradleya i Rona Powersa film opowiada historię sześciu żołnierzy uwiecznionych na słynnej fotografii Joe Rosenthala przedstawiającej marines stawiających amerykańską flagę na wyspie Iwo Jima. Zdjęcie to, uhonorowane nagrodą Pulitzera, stało się symbolem zwycięstwa i uczyniło z żołnierzy narodowych bohaterów.

Eastwood opowiada historię sześciu marines w retrospekcjach. Film rozpoczyna się w środku bitwy na japońskiej wyspie, by za chwilę przenieść się w czasu współczesne i pokazać jednego z bohaterów ówczesnych wydarzeń. Scenariusz Williama Broylesa Jr. i laureata Oscara Paula Haggisa koncentruje się na wybranych momentach z życia żołnierzy, pokazując nie tylko ich bohaterskie czyny na polu walki, ale również cynizm, z jakim rząd USA wykorzystywał ich status bohaterów oraz problemy, z którymi musieli się zmierzyć po zakończeniu II wojny światowej.

"Sztandar chwały" ma bardzo jasne przesłanie. Eastwood analizuje status bohatera, a jednocześnie obnaża cynizm amerykańskiego rządu i społeczeństwa, które często, nie wiedząc, jak wygląda prawdziwa wojna, traktowało weteranów jako "atrakcję". Eastwood inteligentnie zderzył ze sobą te światy. Zdjęcia przedstawiające wydarzenia na Iwo Jimie - wyprane z kolorów, utrzymane w szaro-niebieskiej tonacji - skontrastował z pełnymi soczystych barw ujęciami opowiadającymi o amerykańskich losach bohaterów, jeszcze bardzo podkreślając koszmar i nierzeczywistość tego, co przeszli na japońskiej wyspie.

Jednym z producentów "Sztandaru chwały" jest Steven Spielberg reżyser, który w swojej karierze nie raz zajmował się kinem wojennym. I choć w filmie Eastwooda podobnie jak w "Szeregowcu Ryanie" nakręcił jedną z największych scen batalistycznych przedstawiającą lądowanie marines na plaży, to autor "Za wszelką cenę" znalazł swój wyjątkowy sposób na przedstawienie tych wydarzeń. Różnorodność ujęć, od zdjęć z ręki po panoramiczne, oraz sprawny montaż, dzięki któremu umiejętnie wpleciono w całość krótkie sceny ilustrujące makabrę wojny, na długo pozostają w pamięci.

Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o amerykańskiej części filmu. Eastwoodowi nie udało się umiejętnie wyważyć tych dwóch elementów. Amerykańska część "Sztandaru chwały" jest przegadana, pełna powtórzeń, oczywistości i, niestety, typowego dla hollywoodzkiego kina patosu wywołującego u polskich widzów nerwowy chichot.

"Sztandar chwały" to solidne, sprawnie zrealizowane kino, któremu jednak czegoś brakuje. Oczywiste przesłanie i banalne niekiedy dialogi nie idą w parze z inscenizacyjnym rozmachem. Więcej obiecuję sobie po wchodzących niebawem do kin "Listach z Iwo Jimy" - drugiej produkcji Eastwooda opowiadającej o tej samej bitwie, ale z punktu widzenia japońskiego generała odpowiedzialnego za obronę wyspy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (47 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)